• Wpisów:26
  • Średnio co: 60 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 20:27
  • Licznik odwiedzin:1 157 / 1623 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Birmingham
W jednej z kawiarni w centrum miasta przy trzech różnych stolikach siedziało pięciu rosłych mężczyzn i jedna elegancka acz skąpo ubrana kobieta. Kobieta i jeden z mężczyzn siedzieli przy stoliku koło okna.Mogli obserwować całą ulicę i to co się dzieję w kawiarni. Kobieta miała na imię Margot a z nią siedział sam Samael. Reszta to była ochrona i sługusy Samaela.
-Kiedy go dostaniemy w swoje ręce?-zapytała się Margot patrząc na Samaela kuszącym wzrokiem.
-Niedługo! Będzie nasz i posiądę jego krew i moc,a w tedy będę niepokonany i zawładnę piekłem.
-Wytropimy wszystkie anioły. W tedy będę mogła się zemścić na Rafale i tym skurwielu Gabrielu.
-Ogarnij swoje żądze! Wyślij kogoś po Przemka niech tu przyjdzie!
Machnęła ręką i dwóch najbliżej drzwi wyszło na zewnątrz, weszli w wąską uliczkę oddzielającą dwa budynki zrzucili długie czarne płaszcze, rozpostarli skrzydła i polecieli wysoko w powietrze.
Przemek w tym czasie siedział w samochodzie na przeciwko domu gdzie przebywał w tym momencie Robert. Nieopodal na niskim murku siedziało kilko młodych gniewnych.Chłopaki rządzili tą ulicą, przynajmniej tak im się wydawało. Zauważyli dziwne dwa cienie które mignęły im nad głowami. Postanowili to sprawdzić.
-Widziałeś to?-spytał Tony.
-Jo(Dżo) bierz kij i biegniemy!Trzeba to sprawdzić, pewnie jakiś rosyjski eksperyment.-krzyknął ciemnoskóry chłopak wyciągając nóż z kieszeni.
-A ja i Tony?-pytał małolat wybiegający z domu-tez chcemy iść z wami!
-Ok!Tony przynieś maczety twojego ojca. Biegiem!
Chłopaki mieli po 16 i 18 lat. Należeli do miejscowego gangu. Bardzo chcieli awansować więc robili wszystko by się pokazać.
-Jak to dorwiemy to na pewno Trevor da nam leprze zadanie jak tylko pilnowanie ulicy.
-Tak tylko musimy się pośpieszyć! Ruszać się!-pośpieszył czarnoskóry chłopak o imieniu Jeremy.
Wybiegli ile sił za róg ulicy gdzie było boisko do gry w kosza.Było obrośnięte wysokimi krzakami więc nie było widać co się dzieję w środku.Weszli po woli,na środku stał mężczyzna w czarnym ubraniu.Stał i patrzył w niebo tak jak by czegoś wypatrywał.
-Ej!Gościu!Czego tu szukasz?Jesteś pedofilem?-zapytał Jeremy.
Ten obrócił się w ich kierunku w mgnienia oka.Stał z opuszczoną głową, ale patrzył na nich z pod byka.
-Masz problem?Ej!-krzyknął teraz Tony.
-Jeśli chcesz tu być musisz zapłacić, w tedy nie obchodzi nas co tu będziesz robił!-wykrzyczał Jo.
Chłopcy weszli troszkę głębiej w boisko, podeszli bliżej tajemniczego typa obchodząc go dookoła.
W tym momencie nagle z nieba spadł zaraz za plecami najmłodszego z nich Johna. Wstał i się wyprostował, chłopcy patrzeli na niego ze strachem wypisanym na twarzy. Tony wywrócił się na plecy i próbował się odsuwać nogami ale doczołgał się do typa stojącego na środku. Ten który właśnie spadł na ziemią stał nieruchomo patrzył w ziemię i w ciąż miał rozłożone wielkie czarne skrzydła. Wcześniej pełni odwagi i pewni siebie teraz przerażeni na maxa. John posikał się ze strachu, nawet nie czuł że ma mokre spodnie.
Mężczyzna stojący na środku chwycił Tonego za głowę i podniósł go wysoko nad siebie. Wziął zamach i rzucił go jak szmacianą lalką o siatkę odgradzającą boisko od drogi i wielkich krzaków.Chłopak upadł na ziemie nieprzytomny, reszta stała jak wryta nie mogli się ruszyć, aż w końcu po chwili Jeremy chwycił kij do bejsbola i ruszył na tego w środku. Gdy chciał się zamachnąć z pleców mężczyzny wyłoniły się ogromne czarne skrzydła.Podniósł głowę i popatrzał na swojego skrzydlatego kolegę mówiąc-Idź po Przemka ja ich wykończę!-i obrócił głowę w kierunku Johna. Ten drugi obrócił się na pięcie. I poszedł szybkim krokiem w kierunku auta gdzie siedział Przemek.
Przemek siedział w aucie popijając kawę z pobliskiej stacji benzynowej. Gdy nagle przed maską auta stanął mu wysoki mężczyzna.
-Wyłaź! Samael na ciebie czeka!
Przemek spokojnie odłożył kawę i wyszedł z auta teraz już nikt go nie widział, rozłożył skrzydła i spokojnie odleciał w towarzystwie mężczyzny.
 

 
Wolverhampton
Przez chwilę patrzył na zawartość sejfu.Nie ruszał się, jego oczy były skierowane na teczkę leżącą w sejfie.Nie obchodziły go pieniądze, wyciągną jeden plik i podał go Wiktorowi-To powinno pokryć koszta auta i całego twojego czasu który przeznaczyłeś na mnie.-Wiktor wyciągną rękę i chwycił plik.
-Wow! Stary za to kupię dwa takie!Dzięki!-ucieszył się.
Nagle Robert wyprostował się. Poczuł coś dziwnego, dreszcze na plecach.Włosy na rekach wyprostowały się ku górze,mięśnie się napięły.Czuł czyjś wzrok na swoich plecach,czyjąś obecność.Tak jak by ktoś po za nimi był jeszcze w tym pomieszczeniu.Czuje że ktoś lub coś jest tu,jest tego prawie pewien.Obraca się w kierunku drzwi i robi dwa kroki.Stoi i patrzy w głąb pokoju.Wiktor patrzał na niego z zaniepokojeniem-Co się stało?Masz zamiar coś rozwalić?-zapytał i chwycił się za głowę-Tylko nie teraz proszę!-dodał zrozpaczonym głosem.
Robert stał tak jeszcze przez chwilę,nie reagując na nic. Nagle gwałtownie się obrócił,wyciągnął teczkę i powiedział do Wiktora-Weź jakąś torbę i spakuj pieniądze i broń.Szybko!-ten się nie zastanawiał, od razu zabrał się za robotę pomrukując pod nosem-Tak!Ja to niewolnik jestem.Szybko! Szybko! Bla bla!
W tym czasie,nie zważając na Wiktora-Robert usiadł na łóżku i powoli by nie uszkodzić otworzył teczkę.
W środku znalazł paszporty,dowody tożsamości,czarny notesik,kilka kluczy i mały ale ciężki czarny tablet. Na każdym z paszportów była ta sama twarz ale inne nazwisko. Tylko na jednym był wpisany Robert Oasis.Przez myśl mu przeszło kilka różnych rzeczy,jedną z nich że jest zabójcą, a inna że może szpiegiem lub jakimś agentem. Wiedział jedno że lepiej nie zadzierać z nim. W notesie były adresy nazwiska i jakieś numery oraz daty. Włączył tablet, na ekranie głównym pojawiła mu się jedna interesująca ikonka pod tytułem RODZINA. Nacisnął na nią i pojawiły mu się dwa adresy w Polsce. Zdumiało go to niesamowicie bo na paszporcie z jego nazwiskiem było obywatelstwo Litewskie,szybko chwycił paszporty i przeglądną jeszcze raz.Znalazł jeden z Polskim obywatelstwem o nazwisku Maciej Bogdan Majewski. Adres zgadzał się z tym w tablecie. Był niezmiernie ciekawy co tam się znajdowało wiedział że musi tam pojechać. Przeglądnął jeszcze raz czarny notesik i tam też znalazł te adresy, oraz kilka z tego miasta gdzie się teraz znajdował. Postanowił to sprawdzić. W drzwiach pojawił się Wiktor obładowany sprzętem.Robert popatrzał na niego,machną ręką i powiedział -Dalej kolego ruszamy!-po czym wstał uśmiechnął się i wziął trochę sprzętu.
 

 
Wolverhampton
Człowiek w białym garniturze stał za Wiktorem i Robertem,obserwował ich już od dawna. Był zachwycony swoim podopiecznym, był przekonany że jest kimś wyjątkowym.Że jest on tym którego szukają.
Wpatrywał się w niego godzinami, a jak tylko mógł to pomagał mu tak by się on sam o tym nie domyślił. By Robert na razie był nie świadomy jak bardzo jest ważny dla niego.
Za jego plecami pojawiła się kolejna postać,była tak samo ubrana różniła ich tylko drewniana laska. Opiekuna Roberta była ozdobiona w kwiaty i liczne serca i twarze różnych ludzi. Twarze oznaczały jego podopiecznych, serca tych którzy niedługo się narodzą lub przemienią a kwiaty to miejsce na nowe serca które z czasem przekształcą się w twarze. Ten drugi miał ozdobiona laskę w kolczaste krzaki, w których były wplątane zakrwawione serca i twarze. To byli ci którzy stanowili zagrożenie. Ta laska była czymś w rodzaju więzienia dla dusz które stanowiły zagrożenie dla ludzi i ich samych. Gdyby znalazły się w złych rękach, stanowiły by zagrożenie dla całego świata.
Stanęli ramie w ramię, żaden z nich nawet nie drgnął głową.Obydwoje patrzyli na wprost na Roberta.
-Powiedz Rafale, czy mu ufasz? Czy myślisz że dobrze wybierze gdy przyjdzie pora? I czy on jest czwartym?-spytał cichym spokojnym głosem Gabriel.
-Nie wiem tego. Ale czuję że dzięki niemu wszystko się zmieni. I że jest wyjątkowy.
-Wiem.Czuję jego moc, jest ogromna. Nie czułem tego już od stu lat.
-Jeśli on jest czwartym, jest w wielkim niebezpieczeństwie i Samael będzie chciał mieć go dla siebie.
-Wiesz że jak go dostanie w swoje ręce spełni to co chciał zrobić jego pan.Może nawet zająć jego miejsce.-chwycił swoją krzaczastą laskę z całej siły-Nawet nie chcę o tym myśleć.
-Dlatego poświęcę cały swój czas dla niego.
-A co z resztą podopiecznych? Dadzą sobie radę?
-Oni wiedzą że jest ktoś wyjątkowy w naszych szeregach i wiem że to rozumieją.Teraz on jest ważny.-tupnął lekko swoją laską o podłogę, Robert nagle wstał od sejfu i oglądnął się za siebie.Wyglądał na zdezorientowanego, w jego oczach pojawił się błysk, tak jak by wiedział ze jest ktoś za nim.
-Wyczuł nas!-powiedział Gabriel.
-To niemożliwe!Za wcześnie by mógł aż tak ewoluować. Ta zdolność powinna się rozwinąć dopiero za kilka tygodni.-wymamrotał przerażonym głosem Rafał.
-Może będzie lepiej jak zamkniemy go w więzieniu i nie pozwolimy na dalszy rozwój.-chwycił laskę w dwie ręce.
-Nie!-położył powoli i delikatnie rękę na jego lasce,tak by ja opuścił. Dał mu do zrozumienia że on zadecyduje o jego losie i że da mu szanse-Ufam mu że wybierze dobrą stronę.
-Mam nadzieję że że wiesz co robisz!-powiedział stanowczym głosem Gabriel.
Robert stał i patrzył się w ich kierunku, wydawało im się ze patrzy na nich, podszedł tak blisko że stanął twarzą w twarz z Rafałem.Tak jak by mu patrzał w oczy, lecz on nic nie dostrzegał.Patrzył w dal, zaglądał do pustego pokoju.
-Jeśli się mylę, sam go wrzucę do lochu.A jeśli będzie taka potrzeba to go unicestwię.-powiedział łamiącym się głosem Rafał.
Gabriel skinął kapeluszem i zrobił krok w tył i rozpłynął się w powietrzu. Rafał stał i dalej obserwował Roberta.
-Obyś to był Ty! I żebyś dobrze wybrał!
Robert odwrócił się i wrócił do do sejfu.
 

 
Wolverhampton
W domu panowała cisza,mimo tego że Wiktor z Robertem chodzili zaglądając w każdy zakamarek.Ale w momencie gdy otworzyły się drzwi schowka i oczom Roberta ukazała się cała zawartość pokoju.Z podniecenia nabrał całą pierś powietrza i nie mógł wydusić z siebie nic a nic.To było najdłuższe trzydzieści sekund ciszy i zadumy w jego życiu. Po chwili wszedł cały do pokoju i z jego ust wyleciało głośne-O niech mnie!-po czym stanął jak wryty i oglądał dookoła całą zawartość pokoju.Zaraz za nim wszedł Wiktor-Wow!-potem powoli i ostrożnie powiedział-Kim Ty kurwa jesteś?
-Nie mam bladego pojęcia-odpowiedział chwiejnym głosem Robert.Ich oczom ukazał się mały wąski pokoik z dwoma wąskimi stolikami i krzesełkiem na kółkach.Na stolikach leżały dwa specjalistyczne laptopy których używają agencje wywiadowcze różnych krajów. Stały przyrządy do robienia własnych nabojów i sprzęt do czyszczenia broni. Na jednej ścianie były zawieszone cztery pistolety i dwa karabinki szturmowe oraz jeden karabin snajperski. Mnóstwo osprzętu dodatkowego,kamizelki,latarki,lunety,lasery,linki,różnego rodzaje granatów itd...
Wiktor oglądając to nie mógł zamknąć buzi z zachwytu.
-Masz tu tyle sprzętu ze mógłbyś rozpętać swoją prywatną wojnę.-zażartował Wiktor.
Robert znalazł pod stołem mały sejf na kod elektroniczny, podszedł do niego powoli nie odrywając wzroku. Położył rękę na klawiszach,w jego głowie zaczęły pokazywać się obrazy-wspomnienia związane z tym co tu robił. Wiktor stał za nim o go obserwował,stał cicho i się już nie odzywał. Robert wcisnął pierwszą cyfrę i potem kolejnych sześć.Na ekranie pojawił się napis ERROR! Spróbował jeszcze raz i powtórzyła się ta sama historia.
-W tego typach sejfów trzykrotne wpisanie złego kodu powoduje blokadę i w tedy musisz wpisać kod dodatkowy lub go wysadzać.-ostrzegł Roberta Wiktor. Ten nawet nie zareagował, po prostu wpisał kod trzeci raz.Przed wbiciem ostatniej siódmej cyfry zatrzymał palec w powietrzu i przez chwilę się zawahał.Ale długo nie czekał i wbił ostatnią cyfrę i monitor zaświecił się na zielono, mechanizm się zwolnił i drzwi się lekko uchyliły. Robert sięgnął ręką i otworzył je powoli, jego serce biło szybko czuł małe poddenerwowanie i ciekawość. Coś mu mówiło że tu może znaleźć informacje na swój temat...
Otworzył je i jego oczom ukazały się dwie półki, na dolnej były trzy stosy wypchane po brzegi pieniędzmi. Były funty, dolary i euro. Waluty najpopularniejsze na całym świecie. Na górnej był kolejny pistolet i magazynek oraz mała papierowa torba i teczka z dokumentami...CDN...
 

 
Wolverhampton
Po trzydziestominutowej przechadzce przez obrzeża miasta Wiktor wyciągnął telefon, wykręcił numer i przyłożył do ucha czekając na sygnał. Robert widząc to stanął jak wryty i nie wierzył swoim oczom.
-Co ty robisz?-zapytał Robert.
-Dzwonie po taksówkę.-odpowiedział spokojnie.
-To my marnujemy czas na łażenie a ty masz telefon i dopiero teraz dzwonisz po taxi?-podniósł głos Robert.
-Gdybyś nie spalił auta to nie musielibyśmy tracić czasu na łażenie i na zamawianie taksówki!-wykrzyczał poddenerwowany Wiktor-Mój ukochany samochód!-dodał przełykając ślinę.Robert już nic nie mówił, pokiwał głową i czekał na rozwój akcji.Po piętnastu minutach przyjechała taksówka i zabrała ich na wskazany adres,do domu Roberta.
W końcu dojechali. Robert czuł podniecenie, w końcu będzie wiedział o sobie więcej niż tylko jak się nazywa. Siedzieli chwile w aucie, tak jak by czuli że coś się może wydarzyć. Wiktor czuł jak napięcie rośnie, aż dostał gęsiej skórki. Wyszli z auta, taxi odjechała.Szli powoli w stronę drzwi,Robert nie miał kluczy.Nie przeszkadzało mu to. W głowie miał już uszykowany plan. Nawet już wiedział jak otworzyć zamek bez użycia klucza.Podszedł do szyby zaglądnął do środka, nie było nic widać były zasłonięte zasłonami. Chwycił za klamkę, przytrzymał ja chwilę. Serce biło mu jak szalone, przez myśl przeszło może może lepiej nie zaglądać i zacząć od nowa i tak nic nie pamięta. Ale ciekawość kim był i co robił była o wiele mocniejsza. Przekręcił klamkę i potrząsną drzwiami-Zamknięte!
Obejrzał się dookoła w poszukiwaniu miejsca gdzie mógłby schować klucz, ale nic takiego nie znalazł. Chwycił za nią jeszcze raz przekręcił z całej siły i mocno pchnął.Futryna była drewniana, wiedział że jeśli mocniej popchnie to się po prostu rozsypie i nie będzie musiał grzebać przy zamku. Po kolejnym pchnięciu futryna ustąpiła i z trzaskiem drzwi się uchyliły. Serce biło jeszcze bardziej, po plecach przechodziły ciarki, nie mógł zrobić kroku aby wejść do środka. Stał tak przez chwilę nieruchomo aż usłyszał-Włazisz czy nie?-Wiktor odsunął go na bok i wszedł do środka. Za nim wolnym krokiem wszedł Robert.
-Czujesz te ciepło?-zapytał Robert-Strasznie tu gorąco!Nie mogę uwierzyć że tu mieszkałem.-dodał oglądając mieszkanie. Mieszkanie wyglądało jak by je porzucono i nikt tu nie sprzątał.Z sufitu odchodziły tapety tak jak i z ścian. Stara kanapa stała w rogu na przeciw niej stał szklany stolik a na nim kupę brudnych szklanek i talerzy. Z boku kanapy stały puste butelki po wódce i innych alkoholach oraz kartony po sokach. Przez myśl mu przeszło że lepiej było nie poznawać prawdy.Właśnie się dowiedział że był żulem i brudasem. Wszedł do kuchni aż usłyszał wołanie-Robert! Chodź tu! Szybko! -głos Wiktora dochodził z góry.-Musisz to zobaczyć!Wow!Ale sprzęt!-Robert poszedł zawiedziony powoli po schodach, myślał że już nic go nie zaskoczy. Podniecenie minęło zaraz po wejściu do salonu.Ale niespodzianka!Wszedł na piętro do sypialni, a tam wysprzątane. Czysta pościel na łóżku,wszystko poukładane i czyste.Nie wiedział co o tym sądzić aż Wiktor zawołał go do małego pokoju.
-Widzisz coś dziwnego?-zapytał Wiktor.
-Czyściej jak na dole? Dużo ciuchów?Garderoba z pokoju?-zgadywał.
-Nie! Nie wydaje się tobie że jest jakiś dziwnie wąski i mały?-zadał te pytanie i wzbudził zainteresowanie Roberta-Zaglądnij za wieszaki!-dodał uśmiechając się głupio. Gdy odsunął wieszaki z ubraniami jego oczom ukazały się małe prawie niewidoczne drzwi.Praktycznie był to zarys drzwi ledwo co się ich dopatrzał. Nie było klamki ani niczego czym może je otworzyć.
-A teraz perełka! Widzisz tą czerwoną szybkę nad włącznikiem światła?-oboje popatrzyli się na to-Na początku myślałem że to małe czerwone światełko to po to by odnaleźć ten włącznik w nocy.Ale przyglądnąłem się bliżej. Tym włącznikiem nie zapalasz światła, od tego jest ten sznurek w rogu.-Robert słuchał uważnie podszedł do małej czerwonej szybki nad włącznikiem. Nacisnął włącznik i przybliżył oko do szybki.Nagle usłyszał cichy trzask zza ubrań.Zaglądną tam i zauważył uchylone drzwi. Zaglądnął tam powoli,znowu poczuł podniecenie.-O niech mnie!-powiedział uniesionym głosem.
CDN...
 

 
Wolverhampton 2012 tydzień przed wypadkiem!
Robert wsiadł do swojego nowego auta. Lubił jeździć po mieście obserwować ludzi.Czasem jeździł aż nie skończyło mu się paliwo.Pojechał na stację po benzynę. Spotkał tam swoich przyjaciół, których poznał tu w UK. Ze stacji wyszła pierwsza dziewczyna.Wiktoria blondynka o zielonych oczach i z krótkimi włosami do ramion. Podeszła do niego z uśmiechem i od razu poczuł się lepiej. Za nią wyszedł ich kolega,Janek blondyn z wysokim ego który uważa się za podrywacza. Niestety w życiu jest inaczej. Na końcu wyszedł chłopak dziewczyny. Tymoteusz w skrócie Tymek. tak jak reszta miał blond włosy, czy to o czymś świadczy? Nie! Słowiańska uroda i korzenie dawały z siebie to co najlepsze. Od razu zaczęli rozmawiać co dalej z tym sobotnim wieczorem. Robert nie chciał iść do żadnego klubu, wiedział jak to się skończy. Zabawa do rana, to akurat dobrze bo to lubi, ale pieniądze wydane przy tym to może okazać się za dużo jak na jeden wieczór.A po alkoholu Robert nie ma oporów. Więc postanowili pojechać do Tymka i Wiki. Po zakupie kilku butelek i całego asortymentu do zabawy pojechali do mieszkania. Balowali do samego rana. Jeszcze w tedy nie wiedzieli że to będzie ostatnia impreza w tym zestawie przyjaciół. Tymek odpadł jako pierwszy,potem Wiki a na polu bitwy z ostatnią butelką został Robert z Jankiem. Walczyli aż do białego świtu a że to wakacje były. położyło ich o około 3 rano.Robert przebudził się o 8 rano, dręczył go kac.Wstał zachwiany, w ustach czuł zapach i smak wczorajszego alkoholu. Chwycił pierwszy lepszy sok stojący na stole, pudełko puste.Chwycił kolejne i znowu to samo, głośnym jękiem wyraził niezadowolenie.Aż za kolejnym razem znalazł trochę płynu w jednej butelce na podłodze. Poszedł do łazienki zrobić to co każdy robi po przebudzeniu, gdy mył ręce spojrzał w lustro. Mina mu zbladła.Jego oczy były całe czarne, jego ramiona wydawały się o wiele większe niż zawsze a na głowie zamiast włosów miał delikatne piórka jak u pisklaka.Przestraszył się i odskoczył od lustra.Gdy podszedł jeszcze raz zobaczył poparzoną twarz a zza pleców wystawały wielkie biało perłowe skrzydła.Krzyknął i wyleciał jak poparzony z łazienki.Wbiegł do salonu, szybko budził Janka z krzykiem.
-Wstawaj!Wstawaj!-krzyczał Robert-Co się ze mną stało?
-Spadaj!-powiedział głośno lecz na odczep się Janek.
-No popatrz, tylko popatrz!-krzyknął jeszcze raz.
Popatrzył na niego ledwo otwartymi oczami, machną ręka i położył głowę z powrotem.Wydał z siebie kilka słów.
-I co miałem zobaczyć debilu?
Robert zdziwiony poszedł do lustra. Gdy zaglądnął jego twarz i cała jego sylwetka wraz z oczami wróciła do normy.Z jego ust wyrwało się tylko-Co jest?
 

 
Wolverhampton
Robert otworzył oczy, pierwsze co zobaczył to płonące auto i Wiktora chodzącego w koło. Wyglądał na nieco zdenerwowanego, może bardziej niż troszkę. Wstał i podszedł do niego powoli rozglądając się dookoła. Zauważył że ludzi stojących i obserwujących jego i to co się dzieje, pomyślał że może oglądają go bo ma straszne blizny po oparzeniach. Ale czuł że może to być coś innego, tylko jeszcze nie wiedział co to jest.
-Co się stało? Czemu auto spłonęło?-spytał się Wiktora który popatrzał na niego takim wzrokiem jakiego sam jeszcze nie widział. Był przepełniony gniewem a gdy usłyszał te pytania to tak jak by w nim coś pękło. Wymachiwał rękoma,kucał wstawał mówił coś pod nosem i na koniec się rozpłakał.
-Uspokój się i powiedz co się stało! Co to za ludzie?-zapytał ponownie.Po tym pytaniu stanął jak wryty popatrzał na Roberta tym swoim dziwnym wzrokiem i powiedział drgającym głosem delikatnie pokrzykując.
-Pytasz się co się stało?-powiedział cicho-Naprawdę?Ty potworze,dziwolągu!Czym jesteś?Kurwa czym?-wykrzyczał.W dali było już słychać sygnały zbliżających się radiowozów policyjnych. Obydwoje wiedzieli że muszą iść, że nie mogą zostać. Popatrzyli na siebie i ruszyli w kierunku barierek oddzielających drogę od pobocza.
-Lubiłem te auto! Chodź dziwolągu!-powiedział płaczliwym głosem obracając się kilka razy w stronę auta. Zeszli w dół pagórka w stronę zabudowań.
-Pamiętasz adres?Trzeba się kogoś zapytać gdzie jesteśmy.I jak tam dojść?-powiedział Wiktor po czym dodał spokojnym ale cichym głosem-Moje auto!
 

 
Wolverhampton
Wiktor prowadził całą drogę do celu, próbował rozmawiać z Robertem ale on szybko zasnął. Nie przeszkadzało mu to i dalej do niego gadał i czasem go szturchnął wtedy ten chrapnął albo machnął ręką na odczepnego. Już wjechali na teren miasta, objeżdżali obwodnice miasta gdy nagle Wiktor usłyszał jak Robert mówi coś przez sen. Spoglądał na niego co chwila, na początku było to dla niego śmieszne nawet wyciągnął telefon by nagrywać. Gdy spojrzał na niego kolejny raz zauważył że był cały spocony i napięty. Wcześniej nie wydawał się być taki wielki i napompowany mięśniami ale teraz nawet to go troszkę przerażało. BUM! Wiktor się odwrócił i zobaczył wbita rękę Roberta w deskę.
-EJ!To nowe auto, nie było takie tanie! Wiesz ile wyniesie mnie naprawa, będziesz musiał to odrobić!-krzyczał Wiktor zdenerwowany.
W tym momencie poczuł swąd palonego plastiku i skóry.-Co jest znowu?-wykrzyczał.
Dłonie Roberta zaczęły świecić jak rozżarzone żelazo. W aucie zrobiło się bardzo gorąco, nie dało się wytrzymać tak grzało. Wiktor zdezorientowany zwalniał i obserwował Roberta, pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Jego dłonie były rozpalone do czerwoności aż stanęły w płomieniach,jego ubrania rozrywały się a z pod fotela pasażera wystawały skrzydła które powoli rozrywały fotel i tapicerkę w aucie. Płomień wędrował od zaciśniętych pięści po ramieniu i obejmował całe ciało.Wiktor zjechał gwałtownie na pobocze otworzył drzwi i wyskoczył z piekła na czterech kółkach. Stanął na poboczu w bezpiecznej odległości od auta, nagle dach auta został rozerwany przez wielkie z początku szare skrzydła a potem białe. Nie wierzył w to co widzi z jego ust wydarło się słabe niemrawe WOW! Zatrzymały się dwa auta żeby sprawdzić co się stało, inni zwalniali żeby się przyjrzeć. Skrzydła szybko zniknęły w aucie i wybuchł ogień. Krzyczeli ludzie zebrani koło całego zdarzenia-Ratuj go!-Wiktor nie zastanawiając się rzucił się do ratunku.chwycił gorącą klamkę drzwi od strony pasażera i otworzył je i wyszarpał Roberta który wyglądał już całkiem normalnie. Robert przebudził się leżał na poboczu a jego kompan chodził nerwowo wokoło niego.
CDN...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wolverhampton
Droga była długa, przynajmniej tak wydawało się Robertowi.Był zmęczony po ostatnich ciężkich dniach, teraz już wiedział jak się nazywał i skąd jechał gdzie jego dom.Nawet nie wiedział kiedy przymknęły mu się oczy i zasnął,dla Wiktora który prowadził wyglądał na bardzo spokojnego człowieka podczas snu, ale w środku niego trwała prawdziwa walka...
Szedł ciemną ulicą nagle podeszła do niego szczupła blondynka, nie mógł dostrzec jej twarzy ale wyczuwał że jest ładną i młodą kobietą.Mówiła coś do niego na początku niewyraźnie a le w końcu usłyszał urywane zdanie-...ybko idź tam, szybko idź!-wysunęła rękę przed siebie i wskazała coś za jego plecami.Gdy się odwrócił ukazały się drzwi do jego domu rodzinnego, widział zniszczone drzwi powybijane okna i tynk odpadający ze ściany.Ktoś ze środka krzyczał-Pomocy!Niech ktoś mi pomoże!-Wbiegł szybko ciarki przeszły mu po plecach, środek domu był ponury długi korytarz po obu stronach otoczony był filarami w kształcie aniołów.Lecz nie wyglądały jak normalne anioły, te były uzbrojone i miały kły jak wampiry oraz szpony zamiast paznokci.Szedł dalej znowu usłyszał krzyk-Pomocy! Tu jestem!-dobiegł do dwóch par schodów jedne prowadziły w górę a drugie w dół.I znów usłyszał wołanie o pomoc, dobiegało z góry.Więc nie zastanawiając się ruszył pędem do góry, prowadziły bardzo wysoko w pewnym momencie zabrakło poręczy i ściany. A schody coraz wyżej stawały się coraz węższe, gdy już wspiął się na sam szczyt schodów doszedł na kawałek podłogi unoszącej sie w powietrzu, był to kwadrat o mniej więcej wielkości trzy metry na trzy.Na środku stał stół i cztery krzesła,na stole była zastawa jak by przygotowane do uroczystego obiadu, a na krześle siedziała jakaś postać, była odwrócona plecami. Miała długie kruczo czarne włosy i długą białą sukienkę w falbanki, dobiegał z niej cichy głos-Pomocy, pomocy.-Podbiegł do niej bliżej by zobaczyć co się z nią dzieje. Zerkną na jej twarz, serce zabiło mu mocniej. Znał tą kobietę, to go przeraziło najbardziej, nie to że była martwa a dźwięk dochodził ze starego szpulowego magnetofonu, że miała wydłubane oczy, poderżnięte gardło i wyrwane zęby oraz wycięty język które leżał wraz z zębami i oczami na talerzu przed nią. Stał przez chwilę był mocno przerażony, jego serce waliło jak młot, czuł gniew. Tak mocny gniew że nawet nie czuł jak rozrywa mu się kurtka i wyłaniają się wielkie i czarne skrzydła porośnięte piórami. Wyłączył magnetofon i położył go na stole, nagle usłyszał głos-To twoja wina!HAhahahaha tylko twoja!I zapłacisz za to!- nie wiedział skąd dochodzi. Rozglądał się płochliwie, jego skrzydła machały tworząc wiatr który zdmuchnął po kolei porcelanę potem stół i krzesło z kobietą. Dźwięk ucichł on sam stanął z rozłożonymi skrzydłami,zobaczył przed sobą dwa cienie.Jeden był jego a drugi? Obrócił się powoli zobaczył jak kobieta stoi i pokazuje ręką na niego-Teraz zapłacisz!Hahahahaha! Zapłacisz za to że zginęłam przez ciebie! Tak przez ciebie synu!-oczy otworzyły mu się szeroko-Tak synu to ja twoja mamusia!-martwa kobieta ruszyła szybkim krokiem w jego stronę, gdy zatrzymała się przy nim w koło jej głowy pojawił się czerwony zarys i mnóstwo krwi,jej usta się otworzyły i zaczęła głośno krzyczeć tak głośno że dźwięk wychodzący z niej ranił jego uszy i czuł ból głowy,był tak mocny że był aż nie do zniesienia. Zakrywał uszy rękoma i wił się na różne strony, błędnik nie pracował poprawnie i nie mógł ustać na nogach, walczył by utrzymać równowagę.Nagle głowa upadła na podłogę i zaczęła się przeraźliwie śmiać, reszta ciała biegała dookoła Roberta. Szybciej i szybciej aż było widać tylko czarny cień który co po chwilę zbliżał się do niego zadając mu cios. Szybciej i szybciej, nie mógł utrzymać się na nogach.Walczył żeby nie upaść i walczył ze strachem,nagle postać zepchnęła go w stronę wąskich schodów, niestety nie miały ani poręczy z oby dwóch stron i były tak cienkie że od razu runą w dół.Spadł na korytarz którym przyszedł,śmiech ucichł ale gdy otworzył oczy zauważył brak filarów. Usłyszał za sobą szuranie,obrócił głowę i zobaczył postacie z filarów.Syczały na niego i śliniły się ciemną mazią,były znacznie większe niż on.Nagle z grupy tych przerażających stworów ze skrzydłami wyłoniła się wielka łapa która go chwyciła i wciągnęła po między nich. Tam zaczęły go okładać i powoli rozszarpywać szponami oraz gryźć. Czuł niesamowity ból,strach,narastający gniew który przerażał się w złość tak mocną że jego ręce zaczęły płonąć, stwory poszarpały mu prawie całe skrzydła i całe ubrania raniąc go dotkliwie.Krzyczał tak głośno że stwory odsunęły się o krok od niego,jego dłonie dawały niesamowity blask i ciepło które przeszło na ramiona potem barki klatkę piersiową i całe jego ciało. Był tak wściekły ze nawet nie czół że już cały płonie jego blask był tak oślepiający a krzyk tak głośny i donośny że stwory zasłaniały się przed tym. Nie wiedząc że za ich plecami stanęła armia potężnych jak,jak on sam.To armia jego klonów,liczyła setki, tysiące a może nawet miliony.Otaczały je szczelnie,nie miały szans na ucieczkę.BIP! BIP!-słychać z oddali.Gdy on sam przestał krzyczeć,blask zaczął przygasać. I znowu-BIP! BIP! BIP!-słyszał co chwilę dziwny dźwięk-Bip!Bip!-poczuł ciepło, żar i zapach palonego plastiku! On sam już nie świecił,wstał i gdy już chciał krzyknąć usłyszał-Robert! Halo! Nic ci nie jest? Obudź się, to tylko zły sen!-rozglądał się dookoła siebie nie widział nic po za tymi stworami.I krzyknął jeszcze raz podnosząc pięść do góry, armia za stworami ruszyła....
Dwa ciosy wymierzone w policzek skutecznie go obudziły.Leżał na poboczu drogi, gdy podniósł głowę zobaczył płonące auto.
 

 
Londyn
To był ciepły poranek, coś miłego po ciężkiej nocy.Stali przed autem Robert opowiadał to wszystko co wie i jak się tu znalazł.Wiktor słuchał uważnie choć nie za bardzo chciał w to wszystko wierzyć.
-Ok! To pokaż to co masz żebyśmy mogli ustalić plan działania.-Robert wyciągnął wszystko z kieszeni i położył na masce auta, za wiele tego nie było. Wiktor chwycił rachunek z stacji benzynowej.
-Tu musimy sprawdzić,rachunek jest z przed miesiąca to powinni mieć jeszcze nagrania z kamer.-uśmiechnął i podszedł do drzwi auta.-No jak jedziesz?Czy będziesz się tak tu błąkał?-dodał Wiktor.Robert wsiadł i ruszyli w drogę,kierunek Dover.Jechali dość długo, tak przynajmniej wydawało się Robertowi.Wiktor nie zamykał ust,gadał całą drogę,w końcu znalazł słuchacza i mógł się wygadać.W końcu dojechali Robert mógł wreszcie odetchnąć i odpocząć od jego gadania.Zaparkowali za budynkiem stacji,Wiktor po wyjściu z auta rozglądnął się w poszukiwaniu kamer-Tu na pewno coś będzie, są tak ustawione że nic im nie umknie.-zaśmiał się szyderczo.Weszli do budynku,obeszli półki z towarem i podeszli do sprzedawcy.
-Ja będę mówił, ty po prostu stój,z twoim wyglądem i tak wyglądasz nie za ciekawie.Schowaj sie bo ludzi straszysz.-Robert się na niego popatrzył zmieszany, zrobił groźną minę ale zrobił krok w tył-No dalej, bo zamknie sie w sobie i nic nam nie powie!-Robert aż zawarczał na znak zdenerwowania.
-Hej!Jestem prywatnym detektywem nazywam się Jhons chcę rozmawiać z menagerem sklepu.-powiedział pewnym siebie głosem,Robert słysząc to pokiwał głową i uśmiechną się.
-Hej!Już go wołam proszę poczekać.-poszedł szybko na zaplecze i krzyknął głośno tak że wszystko w środku sklepu było słychać,-Paul jakieś fiuty do ciebie!-Wiktor z Robertem popatrzyli się na siebie.
Wyszedł Starszy gość z poplamioną koszulą i opuszczonymi okularami, widać było też juz dawno nie widział maszynki do golenia.-Co jest?Czego potrzeba?-zapytał menager.
-Hej!Nazywam się Jhons jestem detektywem i chciałbym przeglądnąć nagrania z tego dnia.-podał mu rachunek, menager wziął go oglądnął-Dobra a o co chodzi dokładnie?-zapytał.
-Szukamy człowieka który zrobił tu zakupy i musimy ustalić czy to na pewno on.Porwał dziecko i nie wiemy co sie z nim stało.-Robert słysząc to znowu zawarczał, aż zawrzało w nim.
-To jest jakiś pedofil tak?-zapytał menager.
-Tak musimy go dorwać a policja nie uznaje tego tropu.-kłamał dalej Wiktor.
-Wiecie co nienawidzę takich ludzi,nie wierzę wam o tym co mi tu opowiadacie ale jeśli to okaże sie prawdą to będę sobie w brodę pluć że nie pomogłem.-popatrzył na nich wzrokiem skazującym-No chodźcie na zaplecze pokaże wam to czego chcecie. Wiktor uśmiechnął się do Roberta i wyciągnął kciuka w jego stronę.Znalezienie tego filmu nie była trudna zajęło i m to jakieś dwadzieścia minut.-Dobra!Stop!Mamy go teraz powoli przełączaj kamery tak aż pójdzie do auta żeby zobaczyć numery rejestracyjne. Robertowi podskoczyło ciśnienie był podniecony w końcu coś będzie wiedział.
-OK! Jest spisuj.Teraz tylko trzeba sprawdzić nr rejestracyjny .-powiedział Wiktor wskazując na komputer na biurku-Jest dostęp do sieci?
-No tak przecież zamówienia tak robimy, a tak w ogóle to nie wyobrażam sobie żeby nie było gdzieś sieci.-oburzył się menager. Wiktor usiał za biurkiem i wziął się do pracy.-Na stronie DVLA możesz znaleźć cuda jeśli tylko znasz odpowiednie kody i hasła.No i proszę!-wyskoczył wynik poszukiwań.-Auto jest zarejestrowane na Robert Oasis który mieszka w Wolverhampton i tu jest cały adres.-zapadła cisza Robert już wiedział jak sie nazywa miał adres i był szczęśliwy a zarazem przerażony ty, że może odzyska swoje życie.
-To wszystko dziękuję bardzo za pomoc, juz będziemy się zbierać.-podał rękę kierownikowi sklepu i wyszli spokojnie.
-No Robert masz już imię wiemy jak się nazywasz cieszysz się?-zapytał Wiktor ciesząc się do niego.
-Tak cieszę się że już coś wiem,dzięki to jedźmy już do Wolverhampton!-Wsiadł podniecony całą sytuacją do auta.
 

 
Londyn 2012
Robert pomógł wstać Wiktorowi który dostał nieźle w kość,zza rogu wszystko obserwował bezdomny który był na ringu.
-To trzymaj dwie stówki, to moja wdzięczność, za pomoc przypomniałeś sobie teraz jak masz na imię?-zapytał Wiktor wyciągając pieniądze w stronę Roberta.
-Nie chcę tych pieniędzy, nie zrobiłem tego dla zarobku i na prawdę nie wiem jak się nazywam.
-No dobra masz jeszcze mam pięćdziesiąt i więcej nie mam trzymaj!-znowu wyciągnął rękę do niego.
Zza rogu słychać-Mam na imię Dave!-krzykną i schował się za róg.
-Dave zmykaj na wino, a nie mi tu dupę zawracasz!-krzyknął Wiktor.
-Nic nie rozumiesz, nie chodzi mi pieniądze!-wkurzył się Robert i uniósł głos-Miałem wypadek i straciłem pamięć, widzę tylko jakieś skrawki z mojej przeszłości!Nie jest łatwo nic nie pamiętać i dążyć do tego kim się jest!Więc zabieraj te pieniądze i daj mi spokój!-wykrzyczał o odszedł.Wiktor stał przez chwile,patrzył ze zdziwieniem, uniósł ramiona i ruszył do auta.Miną bezdomnego który wszystko obserwował-A ja?-zapytał bezdomny.
-A ty? Idź się napić!-dał mu dwadzieścia funtów i poszedł dalej.Wsiadając do auta widział jak Robert idzie w dół ulicy,myślał o nim, o tym co mówił,nie chciał by przeżyć tego samego co on.Zastanawiał się co on by zrobił na jego miejscu,wsiadł do auta, odpalił silnik.Siedział tak przez chwile,bezdomny podchodził powoli do auta i się przyglądał kierowcy.
Wiktor popatrzał na niego zerknął jeszcze raz w stronę Roberta-Kurwa!-i ruszył z piskiem opon.Podjechał do Roberta,otworzył okno-Stój pogadamy,przepraszam nie chciałem być nie miły.-Robert nie zatrzymywał się szedł dalej.
-Stary uratowałeś mi życie, chcę się odwdzięczyć!Mogę ci pomóc, mam znajomości i moge się szybko dowiedzieć kim jesteś!-stanęli obydwoje.Wiktor wyszedł z auta wyciągną rękę-Zacznijmy jeszcze raz.Wiktor jestem.-Robert odwzajemnił uścisk,patrzył się na niego jak na głupka przecież nie wiedział jak się nazywa/
-A!No właśnie sorrki zapomniałem że nie pamiętasz, głupek ze mnie!Będę mówił do ciebie No Name!Ok?Pasuje?-pytał i patrzył na niego z uśmiechem na twarzy.
-Ok!Niech będzie nawet mi się podoba!No Name!-uśmiechnął się do niego i potrząsną ręką.
  • awatar Mmmimi: pisz dalej ;* fajne :) wpadnij do mnie ;d skomentuj coś albo zaobserwuj :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Londyn,Doki 2012
Wszyscy patrzeli w dół na betonowy ring gdzie stało trzech bezdomnych którzy nie powinny wygrać. Niektórzy szczęśliwi inni nie bardzo bo stawiali na pewniaków ty szczęśliwych było niewielu noże z trzech, ale tylko jeden cieszył się na głos, to był jego błąd. W tym towarzystwie nie można pokazać że się wygrało w momencie gdy wszyscy przegrali.Wyglądał jak nastolatek,dżinsy,conversy i koszula w kratę z podwiniętymi mankietami tak się zazwyczaj ubierał jego znajomi nabijali się z niego że nie zmienia ciuchów. Miał na imię Wiktor i przyjechał by się dorobić z Litwy. Uciekał przed problemami a one same go doganiały i dopadały. Nie miał za dużo kolegów a o przyjaciołach tez nie mógł pomarzyć, czyli zero wsparcia od nikogo. Organizatorzy nie byli zbyt zachwyceni ale zarobili swoje i byli pełni podziwu dla tych tam na dole małych ludzików. Robert stał twardo na nogach nie tak jak jego kompani, odwrócił się do nich i powiedział-To nie moja walka, ja chcę się dowiedzieć kim jestem i co się dzieje. A tu trafiłem przez przypadek, pomogę wam trzymajcie się mnie a w dogodnej chwili uciekajcie.-obydwaj mężczyźni potaknęli głową, bacznie go obserwowali, nie mogli oderwać wzroku od jego poparzonej twarzy i reszty ciała, chcieli zapytać co się stało ale zabrakło im odwagi, woleli go nie denerwować, przecież walczył jak prawdziwy wojownik. Otworzyły się drzwi o wyszli uzbrojeni ochroniarze.
-Chodźcie! Szef zaprasza was do siebie czas się rozliczyć.-powiedział jeden z nich.
Poszli za nimi, najpierw długim korytarzem a potem metalowymi schodami na górę i długim podestem nad halą. W końcu doszli do metalowych drzwi, ochroniarz pociągnął za klamkę otworzyły się.-Włazić!-powiedział szorstko.
Weszli w wąski korytarzyk do następnych drzwi gdzie stał typ z bronią. Otworzył je szeroko a im oczom ukazał się wielki gabinet po rogach stali ludzie z pistoletami w dłoniach. Na samym środku przy ścianie znajdowała się wielka gablotka z książkami przed nią stało wielkie biurko i ogromny skórzany fotel. Przed biurkiem stały dwa mniejsze w miarę wygodne foteliki.Na przeciwko pod ścianą stał niski stolik i wygodny narożnik z czerwonej skóry. Przy drugich wyjściowych stał mały stolik z lampką i popielniczką, koło stolika stał wygodny fotel a na nim siedział elegancko ubrany człowiek który palił cygaro. Wyglądał na wrednego typa, lepiej nie wchodzić mu w drogę.
-Siadajcie na kanapie, czekać!-powiedział typ tóry ich przyprowadził.
Usiedli nieśmiało i rozglądali się po pokoju. Otworzyły się drzwi przy stoliku wszedł łysy średniej budowy człowiek zacierał ręce za nim wszedł gość w garniaku.
-Witam was serdecznie!-powiedział uśmiechając się od ucha do ucha-troszkę mnie zawiedliście, ale dzięki wam wiem ze moi ludzie są do dupy i trzeba ich wymienić.-przeszedł wolnym krokiem po pokoju, stanął na środku i mówił dalej-Na stole leżą trzy koperty a w każdej po tysiąc funtów za dobra walkę, niema czwartej koperty dla waszego kolego bo nie wytrwał nawet minuty a umowa mówiła o pięciu, czyż nie tak?-znowu się zatrzymał i patrzał na każdego tak jak by oczekiwał odpowiedzi.
-Tak jak myślałem, zero sprzeciwu.Mam ofertę dla was moi drodzy, walczcie dla mnie za każdą wygrana walkę dostaniecie więcej ci których pokonaliście dostawali po pięć tysięcy za walkę.-powiedział i usiadł w swoim wygodnym wielkim fotelu za biurkiem, wyciągną cygaro i położył nogi na biurku.-To jedno razowa oferta jak wyjdziecie stąd nie ma powrotu, zrozumiano?
-Ja zostanę będe walczyć dla pana!- powiedział jeden z bezdomnych który już wydał te pieniądze w myślach. Robert zabrał swoją dole wstał i zrobił krok w kierunku drzwi.
-A ty kolego do kąd?nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
-Nie będę walczył,to nie moja walka. Dziękuję za propozycję ale muszę odmówić.-powiedział płynnym spokojnym głosem.
-Dobra jak chcesz!To ty zostajesz, a ty? i wskazał na typka siedzącego na brzegu narożnika.
-Ja?Ja proszę pana tez już wyjdę jeśli mogę.-powiedział zdenerwowanym głosem człowiek po czym wstał i podszedł do Roberta.
-No jak chcesz, tylko pamiętaj już nie ma powrotu.Wyprowadzić ich na ulicę nie chce na nich patrzeć!-krzyknął szef. Wyszli przez drzwi koło stolika,przeszli rzez długi korytarz aż do wyjścia mijając jeszcze kilka zamkniętych drzwi. Wyszli na ulicę juz był wczesny niedzielny poranek nikogo nie było widać byli sami.
-Czemu nie przyjąłeś tej oferty? Bez ciebie ten kretyn zginie w pierwszej walce.-zapytał bezdomny.
-Potrzebowałem tylko trochę pieniędzy a z reszta jestem tu tylko przejazdem.Więc do zobaczenia!-podał rękę i poszedł w stronę miasta, bezdomny stał chwilę skołowany nie wiedział co robić. I ruszył za Robertem, ten szedł powoli był trochę zmęczony. Nie spał całą noc i na dodatek walczył, przeszedł kilka ulic aż na jednym zobaczył zaparkowanego mercedesa. Drzwi były otwarte a kluczyki w stacyjce, stanął rozglądnął się i pod koniec budynku leżał but, nowy pewnie właściciela. Poszedł sprawdzić,doszedł do wąskiej uliczki gdy wszedł tam usłyszał krzyki, więc podbiegł tak szybko ile miał sił zobaczył trzech gości kopało jednego na ziemi.
-Hej!Co robicie zostawcie go!-krzyknął głośno. Gdy go zobaczyli przestali kopać biedaka na ziemi i uciekli jeden z nich wykrzyczał-Jeszcze cię dorwiemy kutasie, rozumiesz jesteś martwy!
Robert podbiegł do niego, obrócił go na plecy.
-Nic ci nie jest?Jak się czujesz?-spytał
-Dzięki stary, jestem twoim dłużnikiem.Gdyby nie ty juz by mnie zabili.Jak masz na imię?
-Nie wiem, nie mam bladego pojęcia.
-A to ty, ten z ringu .Nieźle walczyłeś, ale oni tez nieźle ci dokopali to może być przez to. Ja jestem Wiktor,pomogę ci się dowiedzieć kim jesteś!
 

 
Londyn 2012 Gdzieś w dokach.
Z głośnika leciała głośna muzyka, zagłuszała myśli Roberta, który nagle poczuł że jest coś nie tak. Czuje obecność kogoś kto z pewnością przyniesie mu kłopoty. Rozglądnął się po sali musiał podnieść głowę do góry i nie zauważył że leci cios z dołu od jednego z mięśniaków. Przeleciał metr i padł na łopatki, w oczach widział gwiazdki. Leżał chwilę i gdy podniósł głowę do góry zauważył gościa z przejścia granicznego to był Przemek. Robert otrzepał głowę i wstał powoli rozglądnął sie po arenie by ocenić sytuację, nie wyglądało to zbyt dobrze jeden z grupy z którą przyjechał leżał i był ostro kopany, następny bronił się od gradu ciosów, no i niestety trzeci typek już ledwo co dyszał wielki gladiator wbijał w niego ostanie ciosy w sumie wybijał z niego ostatnie tchnienie. Robert rozpędził się i z wyprostowaną noga wjechał z buta w plecy gladiatora dobijającego prawie już martwego bezdomnego. Gladiator poleciał do przodu podparł się ręką obrócił głowę żeby zobaczyć kto go kopnął ale tam już nikogo nie było. Robert w tym czasie chwycił rozpędzoną rękę która zbliżała się do twarzy kolejnego typa z ulicy, człowiek w zbroi zdziwiony bo nigdy wcześniej sie nikt nie stawiał oporu aż tu nagle ktos zatrzymał jego rekę i mało tego zadał mu kilka mocnych ciosów na twarz tak mocnych że poczuł jak nogi robią się jak z waty i robi mu się ciepło.
-Jest twój, dokończ dzieła!-powiedział do bezdomnego którego przed chwilą uratował, ten bez namysłu ruszył na niego i zaczął go okładać z całych sił. Nagle Robert poczuł silny ból w boku, dostał cios w żebra od gladiatora którego wcześniej uderzył. W ręku miał kij do bejsbola, wziął zamach i z całą siłą uderzył Roberta w nogi, ten się zgiął i padł na kolana. Podszedł do niego wyprowadził kilka mocnych ciosów w twarz, rozwalił mu łuk brwiowy i krew zalała mu twarz i następny cios i Robert padł zakrwawiony na podłogę. Gladiator podbiegł do kolegi który był w tarapatach chciał mu pomóc ale...
Robert upadł na podłogę po ciosie w twarz, czuł jak krew zalewa mu twarz, podparł sie na ręku i wstał z krzykiem ruszył na swojego oprawcę wleciał w niego barkiem, polecieli razem na walczących dwóch następnych zawodników kolejny zawodowy wojownik leżał na ziemi razem z zakrwawionym Robertem i gladiatorem. Karki wstały Robert razem z nimi, kolega bezdomny ten co był kopany wstał obolały, trzymał sie za żebra ale stanął po stronie Roberta do nich dołączył ten co wykończył rycerza który juz leżał nieprzytomny na ziemi.
-To ja biorę tego po lewej wy po prawej!- zwrócił się do swoich kompanów, uśmiechną się i ruszył na gladiatora. W czasie gdy Robert rozprawiał sie z gladiatorem a jego nowi koledzy z drugim mięśniakiem, na podeście Przemek i ego dwóch ludzi szukali zejścia na dół chcieli zejść do Roberta i wykorzystać że jest obity i zmęczony żeby go zabrać ze sobą. Na drodze stanął in człowiek w białym garniturze-Jeśli zejdziesz teraz do niego przysięgam ze stanę po jego stronie i mu pomogę się z tobą rozprawić i już nie będziesz taki zadowolony.-powiedział człowiek w bieli. Przemek popatrzał na niego już kiedyś miał okazję się z nim spotkać i wiedział że nie żartuje i lepiej zejść muz drogi.
-Nie dzisiaj, to kiedy indziej go dopadnę!-uśmiechnął się szyderczo i ruszył do wyjścia. Robert między czasie dokończył dzieła stał już na środku cały we krwi po obu stronach stali jego kompani walki.
 

 
Londyn 2012
Długa droga do miejsca docelowego kierowcy, cały czas siedzieli nie odzywając się do siebie. Raz po raz kierowca spoglądał na niecodziennego kompana podróży i nawet próbował zagadać, niestety nie usłyszał odpowiedzi. Tłumaczył to sobie że dopiero co o mały włos nie zginą na drodze i może dla tego tak się zachowuje, po prostu jest w szoku. Dojechał na jedną z ulic Londynu, zatrzymał się na przedmieściach.
-Przykro mi ale dalej nie mogę cię zabrać, tu musisz wysiąść.-powiedział kierowca zatrzymując się przy krawężniku.
-Dzięki za pomoc!-powiedział Robert i wyszedł. Znowu był bez niczego, nie miał ciuchów i żadnych z rzeczy które mogły by się mu przydać. Znowu musiał coś załatwiać, czy znowu kraść czy poprosić kogos o pomoc. Nie liczy na to ze ktoś mu pomoże z takim wyglądem to będzie miał tylko kłopoty. Szlajał się ulicami, myśląc o zajściu na przejściu granicznym. Nie zauważył wrogo wyglądających napisów na ścianach, aż w pewnym momencie kopnął raz potem drugi raz puszkę po jakimś napoju. Podniósł głowę do góry, rozglądnął się i zauważył nie ciekawą dzielnice podniszczone budynki mieszkalne, pomalowane ściany i buty wiszące na liniach wysokiego napięcia.Wszedł na teren gangu, odczytał te znaki i posklejał w całość-Jak to zrobiłem? Skąd wiedziałem jak to czytać.-zastanawiał się idąc wolniej i rozglądając się na boki tak by nie było widać że się czegoś obawia. W jednym z domów w oknie siedział młody chłopak na szyi miał przewieszona lornetkę i w ręku krótkofalówkę. Rozglądał sie przez lornetkę az jego uwagę przykuł gość w podartych ubraniach i z mordą całą poparzoną.
Obserwował go przez chwilę, wyciągną telefon i zadzwonił-Jim mam bezdomnego jest jeden, chcę za niego stówkę-powiedział mały wyrostek zanim jeszcze ktoś zdążył się odezwać-Gdzie jesteś?-zapytał typ z drugiej strony strony słuchawki-W domu ty....-i głuchy głos słuchawki zanim młody dokończył zdanie-jebany szmaciarz, lepiej żeby przyniósł siano!-dokończył na głos.
Robert szedł sobie spokojnie ulicą głowa lekko pochylona w dół żeby nie zwracać na siebie uwagi oczyma rozglądał się na boki aż nagle na drodze stanęło mu trzech wyrostków- wiedziałem że przyciągne kłopoty, tylko nie wieziałem że tak szybko- pomyślał.
-Hej! Nie chcesz zarobić na flaszkę?-zapytał stojący w środku wyrostek. Wyglądał na około dziewiętnaście lat był rudawy i miał tatuaze aż po same uszy.-Yoo! Słyszałeś co mówiłem?
-Może jest głuchy, i trzeba mu narysować!-cieszył się głupio typek stojący po prawej, w ręku trzymał metalową smycz, psa Robert nie dopatrzył więc na pewno nie byli na spacerze. Typ po lewej wysoki wyglądał na dobrze zbudowanego, ogolony na głowie, nic się nie odzywał tylko się cały czas zacieszał i patrzył z byka.
-Odejdźcie, dajcie mi spokojnie przejść, nie szukam kłopotów.-powiedział spokojnie.
-Haha! My też nie, chcemy dać ci tylko zarobić. Nie chcesz zarobić, wyglądasz na kogoś kto potrzebuje gotówki.CO? Nie chcesz zarobić? Bedziesz miał na flaszkę na wiele flaszek może starczy ci na jakąś dziwkę!-namawiał go Jim.
-Ile dasz i co mam zrobić?-zapytał bo faktycznie potrzebuje gotówki.
-Musisz wytrzymać na ringu 10 minut.Dasz radę?-zapytał rudy. Robert się uśmiechnął i pokiwał głową. Chłopaki się uśmiechnęli, wysoki łysy wyszedł na ulicę i pomachał ręką. Start silnika i podjechała czarno biała furgonetka otworzyły się drzwi z boku vana. Weszli do środka siedziało tam jeszcze trzech innych takich znajd jak Robert. Tylko że oni nie usmiechali się tak jak on. Tył był odgrodzony od szoferki i nie było okiem więc nie wiedzieli gdzie jadą, krążyli jakieś trzydzieści minut aż w końcu się zatrzymali. Furgonetka cofnęła i otworzyły się tylne drzwi. Po wyjściu rozglądał się dookoła ale rażące światło tak go oślepiało ze nic nie widział i z trudem trafił w drzwi wejściowe do wielkiego magazynu. Gdy wchodził do środka słyszał piski i gwizdy na przemian z oklaskami. Głos z głośników zapowiadał nadejście wyczekiwanego pojedynku i zachęcał podejście do areny by przyglądnąć się czterem gladiatorom. Już go to zaczęło zastanawiać, takie dziwne zapowiedzi, coś było nie tak. Wyszli na środek areny, od publiczności dzielił ich dwu metrowy mur otoczony siatką i zwojem drutu kolczastego. W dwóch rogach były zaczepione metalowe kosze z bronią białą(miecze,kosy,kije,itp.). Teraz juz wiedział że nikt nie miał zamiaru mu zapłacić za wytrzymanie dziesięciu minut.Czyli na dzisiejszy wieczór jego priorytetem będzie przeżycie, obawiał się tylko jednego że stanie się to samo co na przejściu w Dover.
-Dobra wpuście tych nowych wszystkich!-powiedział gość stojący z dubeltówką. Robert wszedł jako pierwszy mijając trzech chłopców popatrzał się na nich i puścił im oczko. Popatrzyli sie na siebie i pobiegli na górę aby zobaczyć przedstawienie. Żaden z stojących na środku nie wiedzieli co ich czeka. Otworzyły się szerokie drzwi i wyszło kolejnych trzech wysokich dobrze zbudowanych mężczyzn. Posturą wyglądali na kulturystów albo strongmenów, byli naładowani testosteronem i byli wściekle niebezpieczni. BANG! BANG! BANG! Rozległ się dźwięk gągu.
 

 
Gdzieś!
Wysokie schody gdzie każdy krok sprawiał problem,trzeba było podnieść wysoko nogę aby wskoczyć na następny stopień. Prowadziły na szczyt góry na którym stał wielki dom z drewna. Był już stary i podniszczony ale wciąż gdy patrzyło sie na niego wprawiał w osłupienie.Przemek stawał co chwilę by popatrzyć na niego i by odsapnąć.Tu jego moc nie działała, każdy mógł mu teraz zagrozić, ale nie zabić bo już był martwy. Jednak wiedział że na krańcu schodów czeka na niego kara za źle wykonaną misję, miał go przeciągnąć na jego stronę jego pan miał co do Roberta plany. Cały czas ma...
W końcu stanął przed wielkimi dębowymi drzwiami były zdobione rzeźbami które przedstawiały ludzkie czaszki i sceny śmierci, a na samym środku był wyrzeźbiony wielki anioł śmierci. Patrząc na jego twarz miało się wrażenie że wzrok jest skierowany na ciebie.Podszedł bardzo powoli serce łopotało mu mocno włożył sporo wysiłku by się tu wdrapać, podszedł szurając nogami do drzwi,gdy juz wyciągał rękę by je otworzyć drzwi się uchyliły a ze szpary podmuch powietrza omal nie zwalił go z nóg. Otwierały się ociężale, skrzypiąc tak aż przechodziły go ciarki. W środku dom wydawał się o wiele większy jak z zewnątrz. Wszedł po woli było bardziej chłodno jak na zewnątrz, wzdłuż korytarz były filary na których znajdowały się płonące pochodnie. Przeszedł tarę metrów w środku i nagle za jego plecami zatrzasnęły się z wielkim hukiem drzwi. Odwrócił się powoli przerażony w stronę wyjścia, wiedział że źle podszedł Roberta i to jego wina że zamiast zostać czarnym aniołem jest szarym czyli dobro w jego sercu wygrywa. Zrobił krok do przodu i obrócił głowę - Aaaa!-krzyknął na cały regulator, przed jego twarzą ukazał się kolejny martwy jeszcze nie anioł i nie demon-Nie podchodź mnie tak mogle bo moge zrobić ci krzywdę!
-Taa! Tak krzyknąłeś że się ciebie teraz boje niesamowicie-zaśmiał się umarlak, po czym odwrócił i powiedział-Chodź za mą i nie krzycz już!
-Zamknij się i prowadź-powiedział wkurzony Przemek.
Szli kilka minut korytarzami,przechodząc przez kilka par drzwi,aż w końcu wyszli na ogród gdzie do pala był przywiązany jeden anioł a do jego skrzydeł były przyczepione konie. Nagle wyszedł na balkon wychodzący na tył domu wielki typ, oparł się o barierkę na balkonie. Na każdym palcu miał złoty sygnet a na szyi wisiały różne złote i srebrne łańcuszki i łańcuchy.
-Dobrze że jesteś, że nie uciekałes i nie musiałem po ciebie nikogo wysyłać- powiedział grubym głosem z rosyjskim akcentem.
-Przepraszam panie ale on był zbyt silny i agresywny teraz juz wiem czemu on jest dla ciebie taki ważny to przez jego moc,tak?-kłaniając się nisko prawie leżąc na ziemi pytał Przemek.
-Nie twój biznes, jeszcze raz mnie zawiedziesz to skończysz jak ten tu-wysuną rękę pokazując na tego przypiętego do pala.-On tez mnie zawiódł,to parszywy zdrajca,ty mnie nie zdradzisz prawda?-patrzył na Przemka swoim wzrokiem zabójcy.
Przemek nie mógł ze strachu przełknąć siły a co dopiero coś powiedzieć,pokiwał tylko głową.Na balkonie obok wielkiego bossa wylądował jeszcze jeden czarny anioł. Był wielki, to najsilniejszy jaki mógł być tylko w szeregach zła i dobra. Nie było drugiego takiego jak on, zabijał dla zabawy nie tylko ludzi ale i anioły i nie wazne czy był z naszych szeregów czy z dusz reprezentujących Bożą rękę. Po prostu robił to dla zabawy był okrutny i każdy się go bał tylko nie wielki Boss. Machnął ręką i nagle konie ruszyły do przodu po woli ciągnąć za skrzydła. Każdy z aniołów wie że zerwanie skrzydeł wiąże się z wieczną męczarnią i że już nigdy nie wrócą na ziemię, nie będą mieli szans na odrodzenie i poprawę. Biedny krzyczał głośno tak że az nie dało się tego słuchać skrzydła wyrywane były powoli. Zaczął się palić od środka najpierw skrzydła które po chwili zamieniły się w kupę popiołu. I teraz on padł na kolana i żar wypalał go od środka i ten przeraźliwy krzyk, Przemek stał i patrzył się na to,za każdym razem jak to widział nic nie mógł powiedzieć i przełknąć śliny. Przez to miał ludzkie odruchy jak koszmary nocne. Krzyk ucichł i ogień znikł został żar i popiół który rozdmuchiwał wiatr.
-Przyprowadź go dom nie, żywego chcę go dla siebie, a jeśli potrzebujesz pomocy weź kogoś ze sobą i nie z chrzań tego bo skończysz jak on!-powiedział twardo Boss stojący na balkonie-Jeśli zawiedziesz przyjdzie po ciebie Borys-i wskazał na wielkoluda stojącego obok niego. Teraz Przemek czuł presję wiedział że to nieżarty i musi mu go dostarczyć za wszelką cenę nie chciał nawet myśleć o tym co może mu zrobić Borys. Nic nie mówił ukłonił się i wyszedł po woli, w drodze do wyjścia pokazał na dwóch stojących przy drzwiach. Ci ruszyli za nim, teraz byli jego psami na posyłkę,byli kimś od brudnej roboty.
-Za mną skurwysyny mamy robotę!-wykrzyczał do nich.
 

 
Anglia,Dover przejście graniczne.
Wir czarnych chmur otacza ich obracając się szybko.
Robert stał w środku i nie wiedział co się dzieje, serce łopotało mu mocno, tak ze czół ból w klatce piersiowej a blizny po oparzeniach piekły go niesamowicie tak że prawie zwijał się z bólu.
-Aaaa!-krzyczał Robert-Co się dzieje, kim kurwa jesteś!?
-Spokojnie to ja Przemek-przyglądał się mu z zdziwieniem-nie pamiętasz mnie byłem twoim przyjacielem łączyło nas wiele wspólnych chwil sytuacji, ratowaliśmy sobie na wzajem życie.
-Co? Nic nie pamiętam, nie znam cię, ale jeśli jesteś moim przyjacielem wyjaśnij mi to, co tu się kurwa dzieje!?-wykrzyczał zdenerwowany.
-To proste-chwile ciszy, oboje popatrzyli się na siebie,Przemek a raczej coś co z niego zostało uśmiechał się szyderczo, wręcz w taki sposób który wzbudzał złość i agresje u Roberta-ty jesteś martwy!
Robert się wyprostował, juz nie czuł bólu, złość była tak wielka że nawet nie zauważył jak boki wiru zmieniły się na krwisto czerwony kolor. Zrobił dwa kroki do nowo poznanego starego przyjaciela, chwycił go za szyje tak mocno że Przemek nie miał możliwości sie ruszyć-Jak to możliwe, on jest martwy dopiero ponad tydzień a od paru dni jest Aniołem Śmierci i chyba nawet o tym nie wie, więc z kąd ta moc?-pomyślał Przemek, próbując się wyrwać z uścisku.
-Dobra, skończ pierdolić i mów mi co jest grane i kim jesteś, bo cię zabiję!-mówił powoli ale wyraźnie i z wielką wściekłością, czuł jak agresja i wściekłość wypełnia jego ciało. Jak żyły wypełniaja sie adrenaliną i dziwna lekkość pod stopami. Przemek trzymany za gardło z trudem łapał oddech juz nie mógł nic mówić, rękoma próbował wyginać palce zaciśnięte w około szyi. Kątem oka zauważył cień pojawiający się na nim, zaglądnął za Roberta i jego oczom ukazały się skrzydła, wielkie białe skrzydła które od czubka do dołu zaczęły się wypalać i zmieniać kolor na czarny popiół z wypalonych skrzydeł wypełnił wir który zamienił sie w ognistą ścianę. Strach wypełnił go aż po same uszy zaczął z całej siły uderzać Roberta po twarzy i szyi a nogami po brzuchu i kroczu. Poskutkowało, uścisk się zwolnił i trzymany upadł na ziemię. Łapał powietrze haustami, trzymał sie za gardło a gdy podniósł głowę jego oczom ukazał się Robert w rozdartych ubraniach przez jego napięte mięśnie. Wyprostowane skrzydła wzbijały się w górę i w bok tworząc imponujący i straszny widok, jego oczy i twarz przepełniała wściekłość, ale coś się działo w jego oczach było widać walkę, Robert walczył sam ze sobą próbował to opanować. Czół wielką siłę, jego serce biło mocno, miał wrażenie że zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej. W jego głowie pokazywały się obrazy, ludzie, twarze, ciała, wybuchy, dom, ten dziwny typ co leży u stóp i dziewczyna z promu. Czuł jak serce robi się ciepłe z jego oczu leciały łzy a mięśnie się napinały.
-Co mi kurwa zrobiłeś?Co się dzieje?Niech już się to skończy!-krzyczał na całą parę. Przemek wstał i odsunął się od Roberta, nie wiedział kto jest bardziej przerażony,który z nich, ale odczuwał wielki respekt i podziw dla niego. On jest już dziewięć lat Aniołem Śmierci i nawet w połowie nie a takiej mocy.
-Jesteś tym kim jesteś!Będziesz przynosił śmierć i zniszczenie jak kiedyś!Przypomnij sobie, znowu staniemy po właściwej stronie i będziemy rządzić a z twoim potencjałem możemy wszystko!-wykrzyczał Przemek.Robert popatrzał się na niego-Nic nie będę niszczył i nie będę nikogo krzywdził,koniec zabijania!-wykrzyczał i machnął skrzydłem tak że siła uderzenia wypiła Przemka z poza wiru. Który nagle opadł na sile aż zanikł,Robert uspokoił się a jego skrzydła zrobiły się szare i napięcie opadło.
-Pogadamy jak się uspokoisz, do zobaczenia przyjacielu!-Przemek zamigotał jak jarzeniówka i znikł. Robert wrócił do siebie skrzydła znikły a on sam nagle pojawił się na samym środku autostrady do Londynu. Był na czworakach jak podniósł głowę w jego stronę zbliżał się wielki biały tir.Droga była w miarę pusta i Kierowca w ostatnim momencie zareagował i zjechał na trzeci pas,Robert szybko wstał i odskoczył na lewo w stronę pobocza.Niestety za słabo bo prawie uderzyło w niego kolejne auto, gdy usłyszał klakson szybko uskoczył i wylądował na poboczu. Gdy wstał oglądną się jego ubranie śmierdziało spalenizną i było podarte, gdy podniósł głowę do góry ujrzał przejeżdżający autobus na jednym z miejsc zauważył machającą dziewczynkę to ta sama z promu obok niej siedziała jej mama czytała książkę. Robert przyglądał się jej wydawało się mu że ten autobus jedzie bardzo powoli i w ostatnim momencie gdy już go mijał kobieta się obróciła nie zauważyła go ale on się cieszył że mógł ją jeszcze raz zobaczyć. Nagle podbiegł do niego kierowca auta dostawczego które o mały włos nie uderzyło jego-wszystko w porządku,potrzebujesz pomocy, może wezwać ambulans albo policję?- pytał przerażony kierowca.
-Nie!Po prostu podrzuć mnie do najbliższego dużego miasta.-uśmiechnął się do kierowcy i poszedł usiąść na fotelu pasażera. Kierowca rozłożył ręce, nie wiedział co się dzieje,cieszył się tylko że nie potrącił go i zastanawiał się skąd się tu wziął.
Po czym udał się do auta, usiadł za kierownicą popatrzyła na Roberta-Jadę do Londynu może być?-zapytał.
-Pewnie!-odpowiedział Robert zapinając pasy.
 

 
Prom.
Tu w czasie dwugodzinnej podróży mógł odetchnąć był anonimowy. Kaptur na głowie i czapka z daszkiem skutecznie zasłaniały jego twarz. Poszedł po kubek kawy i usiadł przy stoliku koło okna. Ludzie kręcili się tam i z powrotem, dzieci biegały krzycząc głośno. Starał się nie zwracać na to uwagi, ale niestety zastanawiała go jedna rzecz, są tu ludzie różnych nacji a on rozumiał wszystko. Trzymał głowę odwróconą w kierunku szyby w odbiciu obserwował ludzi i nasłuchiwał. Szukał odpowiedzi na twarzach ludzi, czekał aż stanie sie coś dziwnego. Tak jak w parku czy w szpitalu w Dortmundzie. Na przeciw niego stał pusty stolik usiadła tam starsza kobieta i po chwili dołączyła do niej młoda blondynka z dzieckiem. Dziecko było niespokojne miało mnóstwo energii ciągle się wyrywało i uciekało, matka biegała za nim i ciągle łapała by przy trzymać je przy sobie. To była mała dziewczynka był niesforna co chwila się wywracała i śmiała sie z tego. Nagle wyrwała się mamie i pobiegła w jego kierunku chowając się pod stołem gdzie Robert trzymał nogi. Był zdezorientowany nie wiedział jak ma się zachować. Podniósł lekko obrus i zaglądną pod stół, siedziała mała i bawiła się małymi figurkami. Jej mam chodziła i szukała jej, Robert podniósł lekko rękę i zawołał ja skinieniem. Podeszła, blask bił z jej twarzy, poczuł jak dreszcze przechodzą po całym ciele, zawstydził się lekko. Skiną ręką wskazując na stół.Popatrzała na niego ze zdziwieniem, próbowała dopatrzyć się oczu. Niestety głowę miał pochyloną i cień z czapki zasłaniał twarz skutecznie. Kucnęła i zaglądnęła pod stół. Siedziała tam mała Ola, nawet nie zwróciła uwagę na mamę.
-No Ola chodź już do mnie, mam już cię dość- powiedziała zdenerwowana blond włosa mama.
Robert podniósł lekko głowę by zerknąć na jej jedwabną twarz, ona w tym samym momencie podniosła się trzymając małą Ole na rękach. Ich oczy spoglądały na siebie, ona spogladała w jego niebieskie oczy a on nie mógł oderwać wzroku od jej zielonych oczu. Nagle podeszła starsza kobieta która towarzyszyła jej w podróży.
-No chodź już, usiądź w końcu i weź tą małą bo juz męczy mnie to wszystko!-powiedziała poddenerwowana kobieta.
-No idę, idę-powiedziała cichym słodkim głosem. Odchodząc popatrzała się na Roberta i powiedziała skromne-Dziękuje!- uśmiechnęła się i poszła.
Patrzał na nią jak odchodzi od stolika, dziewczynka wtulała się w mamę. Nie mógł oderwać wzroku od niej aż nagle komunikat w głośnikach-DZIEŃ DOBRY TU KAPITAN PROMU ARKADIA, DZIĘKUJEMY ZA SKORZYSTANIE Z NASZYCH USŁUG I ZAPRASZAMY PONOWNIE, A TERAZ JUŻ DOPŁYWAMY DO PORTU W DOVER...!
Dalsza część informacji już go nie interesowała, wstał i ruszył w kierunku wyjścia nie miał jeszcze ustalonego planu jak się z tąd wydostać. Poszedł w kierunku schodów, pomyślał że spróbuje znowu w ciężarówce.szedł na dół po schodach ustawił sie przy drzwiach i czekał, jak tylko drzwi się otworzyły ruszył szybkim krokiem. Rozglądał się czy nikt go nie obserwuje. Wszedł do pierwszego lepszego tira. Było tak ciasno że stał przy samej plandece, był jeden plus tego wszystkiego, mógł swobodnie obserwować wszystko to co działo sie na zewnątrz. A w razie problemów może szybko opuścić naczepę. Ciężarówki ruszyły, czekał na odpowiedni moment, wiedział że ciężarówki są częściej zatrzymywane do kontroli jak zwykłe osobówki. Co chwila odchylał lekko plandekę by zajrzeć co się dzieje na zewnątrz naczepy. Pokonał kilka zakrętów i nagle linia ciężarówek się zatrzymała, nie czekał długo otworzył szerzej plandekę i wyskoczył nie zważając czy ktoś go widzi. Kierowca jadący za niebieską ciężarówką z napisem PolTrans,widział jak jakiś typ wyskakuje z naczepy. Chwycił za CB-radio i wezwał ochronę, w tym czasie Robert szybko oddalił się od ciężarówek i wszedł do pierwszego lepszego budynku.Nie poszczęściło mu się tym razem, wszedł do pomieszczenia gdzie sprawdzają auta, straż graniczna od razu go zauważyła. Ruszyli w jego kierunku zadając mnóstwo pytań. On bez namysłu ruszył do ucieczki. Najpierw wzdłuż ściany, na drodze stanął jeden funkcjonariusz, więc odbił się od ściany i przeleciał przez samochód, tam czekało dwóch następnych-Stój!-krzyknął strażnik. Robert z ignorował to i obrócił się na pięcie i biegiem do gościa stojącego po lewej. Ten próbował go złapać, Robert wystawił nogę do przodu i wskoczył na jego klatkę piersiową przewracając go na plecy. Wybiegł odo większego pomieszczenia gdzie przejeżdżały wszystkie osobówki. Tam juz czekało kolejnych ośmiu funkcjonariuszy straży granicznej. Mocny zamach i juz torba poleciała nad głowami strażników. Biegł w stone torby czyli wyjścia tam czekało czterech strażników, wyskok nad maskę auta odbicie nogą od auta i leci na dwóch z nich powalając ich masą ciała. Dwóch następnych po botach i czterech z tyłu, nawet on nie był az taki dobry zeby się z nimi wszystkimi zmierzyć. Szybko wstał cios lewą w nos potem prawą i najpierw jeden potem drugi czyli stojąc na dwóch na ziemi znokautował szybkimi ciosami dwóch podbiegających po bokach. Ruszył szybko do torby lezącej na ziemi zanim dobiegł czuł już oddech dwóch następnych na plechach i nagle rozległ się głośny alarm. Ktoś go chwycił za ramię i pociągnął w tył. Otoczenie zmieniło kolor na czarno-szary, jego ramie zrobiło sie gorące tak ze aż czół przeszywający ból. Odwrócił się do tyłu i nagle-MACIEK!?Co jest kurwa!?-powiedział gość w czarnym ubraniu jak żołnierz jednostki zpecjalnej S.W.A.T. Robert patrzał zdezorientowany, nie wiedział co się dzieje. Wszystko dookoła wirowało a on i nieznany gość stali w centrum wiru.
-Co się znowu dzieję!?-krzyknął głośno robiąc krok w tył. CDN...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Francja. Dunkierka 2012
Skradziony samochód ułatwił mu zadanie i juz nie musiał jechać do Paryża, mogł juz spokojnie jechac do celu do Dunkierki i potem promem do Dover. Był jednak jeden problem nie miał żadnych dokumentów, musiał ułożyć dobry plan. Objechał wszystkie wjazdy na teren portu, dokładnie też obejrzał ogrodzenie odgradzające port od reszty miasta. Musiał to wszystko dobrze zaplanować żeby sie dostać niezauważonym na pokład promu. Po kilku godzinnej obserwacji znalazł kilka słabych punktów, i wiedział juz jak się dostać na prom. Zdawał sobie sprawę że łatwiej będzie się dostac jak wydostac.
Patrole straży granicznej jaki i ochrony mijały się miej więcej co 10 do 15 min, więc miał sporo czasu żeby dostać się na drugą stronę i dobrze się schować. Zaparkował auto przy jednym z budynków, zostawił je tak by nikomu nie przeszkadzało i nie zwracało na siebie uwagi. Podszedł do ogrodzenia nie za blisko tak by móc obserwoac ulice i to co się dzieje za płotem. Z daleka zaważył pierwszy patrol, gdy przejechał zaczął liczyć powoli aż do momentu gdy nie przejechało auto ochrony zatrzymał się przy 380 i zaczął liczyć jeszcze raz. Gdy przejechało znowu auto tym razem strazy granicznej miał naliczone do 730. Gdy spacerował w zobaczył mały budynek gdzie bedzie mógł się ukryć na chwilę. Podszedł do ogrodzenia podciągnął sie i wdrapał na górę, przeskoczył na druga stronę i juz był po tej własciwej stronie. Skulony podbiegł do małego budynku, rozglądną się jeszcze raz, teraz juz wiedział ze to nie bedzie takie łatwe jak podejrzewał na początku. Podszedł do drzwi które były zamknięte, lekki rozpęd i silne uderzenie barkiem wyrwało drzwi z zawiasów. Wszedł do środka mie mógł uwierzyć co znalazł, był to mały składzik z narzędziami dużą spalinową kosiarka coś w stylu małego ciągniczka. Znalazł tez robocze ubrania powieszone na hakach, nie załadnie pachniały no ale trzeba się przedostac dalej. Ubrał brudny smierdzący skafander, odpalił kosiarkę otworzył szerokie drzwi i spokojnie wyjechał. Skierował sie w stronę budynków funkcyjnych gdzie będzie mógł z łatwością przedostać się na prom. Przeszedł spokojnie wolnym krokiem do budynku stojącego na środku Placu otoczonego trawnikiem. Podszedł do furtki bramki i nagle za plecami usłyszał-Stop!-krzyknął francuski pracownik ochrony.
-Gdzie idziesz?Nowy jesteś?- uśmiechnął się ochroniarz, Robert uśmiechną się i pokiwał głową na tak.
-Chodź tędy musisz iść zawsze ta drogą, masz szczęście że trafiłeś na mnie inny by już zameldował że dobijasz się tą drogą- uśmiechał się ochroniarz-dobra idź tu i uważaj na drugi raz!-roześmiał sie i przepuscił dalej Roberta.
Szczęście że trafił na idiotę,aby tak łatwo poszło po angielskiej stronie. Doszedł do szatni pracowników rozglądnął sie i znalazł pęk kluczy wraz z kilkoma kartami magnetycznymi. Los się uśmiecha do mnie dzisiaj-pomyślał sobie. Przeszedł przez bramki i skierował się na parking oczekujących pojazdów na wjazd do promu. Podszedł do jednego z tirów z plandeką, schował się pod plandeką i poczekał spokojnie az tir wjedzie na prom. Już jest,udało się, to takie łatwe było, coś za łatwe- pomyślał...
 

 
Dortmund Dworzec kolejowy.
Przechodzący ludzie spoglądali na jednego szczególnie wyglądającego mężczyznę. Jego twarz była poparzona i wyglądał co najmniej niebezpiecznie. Tym mężczyzna był Robert. Przechodząc przez środek dworca czół skupiony wzrok przechodniów na sobie wiedział dobrze że musi odwrócić uwagę od siebie. Stanął w bez ruchu rozglądną się dookoła siebie był w centrum uwagi. Odwrócił się na pięcie i wrócił do wyjścia, mijając po drodze kosze z ulotkami zatrzymał się i pozbierał kilka, były mu potrzebne by zorientować się gdzie znajdują się sklepy z ubraniami i punkty gdzie może się ukryć lub skutecznie zniknąć.Był zaskoczony że tak dobrze wiedział co robić, tak jak by był zaprogramowany do takiego działania. Wyszedł szybkim krokiem z budynku skręcił w prawo poszedł do końca ulicy po drodze przegladał ulotki. Z nich dowiedział się że nie daleko jest duży hipermarket gdzie z łatwością może się najeść za darmo i zmienić ubranie. Do wielkiego sklepu było zaledwie kilka ulic nie śpieszyło mu się więc szedł powoli pierwszy pociąg miał dopiero następnego dnia o 6 rano, więc miał sporo czasu na załatwienie pieniędzy i nowych ubrań oraz jedzenia. Minął kilka ulic na jednej z nich przy jednej z bram stał czarne BMW, a w niej siedziało dwóch łysych dresiarzy a od auta odchodził i typ zaciskając dłoń. To było to czego potrzebował, dilerzy nie pójdą na policję jak zabierze im pieniadze i ewentualną broń jak bedzie miał szczęście. Postanowił że zajdzie do nich jak będzie wracał, teraz to zbyt niebezpieczne po zwadzie na pewno będą go szukać a nie potrzebne mu sa niespodzianki w drodze powrotnej a nie zanosi się zeby odjeżdżali z tąd. Po następnych 20 minutach był juz w hipermarkecie juz wiedział że jest to dobre miejsce żeby zrobić zaopatrzenie w jedzenie i w przybory które moga mu się przydać. Na początek poszedł w dział z ubraniami starannie wybrał ubrania które nie bedą się rzucać w oczy i zakryją twarz. Na pierwszy rzut poszły spodnie szarobrązowe z miękkiego materiału, w walce nie bedą przeszkadzać i będzie miał swobodny ruch w nogach. Czapka z daszkiem zwykła czarna, powędrowała od razu na głowę daszek nisko nad oczami i cień skutecznie zasłonił część twarzy. Następnie bluza z kapturem zapinana na zamek błyskawiczny tez przydaje się w walce choćby w walce, swobodny ruch rękoma i w razie czego moze posłużyć jako swego rodzaju tarcza.
Koszulka pierwsza lepsza, a najlepiej czarna. Skarpety i bielizna na samym koncu. Teraz znaleźć przymierzalnie i szybko sie przebrać. Wszedł do jednej z kabin niepostrzeżenie na wszelki wypadek zabrał kilka zeczy więcej jak bedzie wychodził to odda ekspedientce to czego nie bierze i nie zwróci na siebie uwagi. W kabinie wisiało lustro w czasie zmieniania ubrań ogladał swoje poparzone ciało. Nie mógł uwierzyć że tak wygląda, większa częśc jego ciała była poparzona w sumie to była jedna wielka blizna. Otrząsną się i ubrał się szybko w środku spędził kilka dobrych minut. W tym czasie zdążyła się utworzyć mała kolejka przed wejsciem. Wyszedł szybkim krokiem oddał reszte ubrań i podziękował. Odchodząc dziwił się że rozumie co mówią. Następny klient który wszedł do kabiny znalazł stare ubrania w rogu pomieszczenia. Zawiadomił obsługę sklepu o przypuszczalnej kradzieży, ochrona sklepu sprawdzała kamery kto był w kabinie w tym czasie. Robert nie wiedząc że juz go obserwuję ochrona sklepu czuł że nie obejdzie się bez walki pzry wychodzeniu ze sklepu. Nie przeszkadzało mu to i kontynuował dobieranie rzeczy do nowego plecaka zabranego z jednej z półek. Przeszedł od działu z lekami do jedzenia i narzędzi aż do sprzęt kuchenny zbierając co bardziej potrzebne rzeczy. Już po chwili ochrona sklepu była pewna kto zostawił ciuchy w kabinie i dwóch z nich chodziło krok w krok za Robertem. On czuł ich oddechy na plecach wiedział że na pewno będą chcieli go zatrzymać.
Podszedł do kasy i po woli przeciskał się po miedzy klientami. Przed kasą zobaczył trzech ochroniarzy a za plecami przeciskało sie kolejnych dwóch. Wydostał sie za kasy ochrona podeszła po woli do niego pierwszy podszedł do niego próbując zaglądnąć mu pod daszek, nie był w stanie dostrzec jego oczu i twarzy. Nagle stanął nieruchomo i wypuścił torbe z rąk jeszcze zanim upadła podniósł głowę do góry tak by było widac jego oczy. Reakcja ochrony była natychmiastowa tak jak Roberta. Chwycił rękę ochroniarza stojacego na przeciw jego opchną go w swoją stronę uderzając go głową w twarz, cios był tak silny ze nos od razu zalał się krwią ochroniarz osuną się na ziemię. Nastepny cios do Roberta wędrował z prawej strony, szybki unik i krótki ale mocny cios w podbródek. W tym samym czasie machną lewym łokciem do tyłu i trafił kolejnego ochroniarza w gardło, kolejny który osuna się na ziemie. Zostało dwóch Robert powoli obracał sie w około własnej osi obserwując ich obu, poprawił czapkę i znowu nie było widać jego twarzy, wyciągną w ich kierunku ręke pokazał pacem wskazującym gest twierdzący nie. Obydwoje popatrzyli na siebie, Robert przykucną i podniósł torbę. Powoli zrobił dwa kroki obchodząc mężczyzn leżących na ziemi. Odwrócił się plecami do wyjscia i powoli szedł tyłem ku obrotowych drzwi. Ochroniarze znowu popatrzyli na niego na siebie i ruszyli piegiem do niego, torba znowu padła na ziemie ludzie stojacy w kolejce oglądali scene wyjętą niczym z filmu. Robert zrobił krok do przodu i następny i juz był przy oby dwóch. Jego ciało wyginało sie na lewo i prawo unikajac ciosów wyprowadzonych przez pracowników sklepu, raz po raz sam wyprowadzał szybkie ciosy w żebra to jednemu to drugiemu. Po kilku takich padli na ziemię opierajac sie na rekach a z ust ciekła im kew. Robert odwrócił się, podniósł torbę i spokojnym krokiem wyszedł ze sklepu jak by nigdy nic. Wracał tą sama droga po drodze mijały go jadące wozy policyjne na sygnale. Nie zwracał na nie uwagi, szedł spokojnym krokiem az ujrzał bramę i czarne BMW. Podszedł spokojnym krokiem do przodu auta, przy nim stało 2 dresiarzy. Jeden trzymał krótką metalowa rurkę wystawała mu z rekawa kurtki, drugi za paskiem miał nuż. Położył torbę na masce auta które bardzo sie spodobało Robertowi. W jego głowie rysował się kolejny plan lepszy niz podróż pociągiem. Podeszli do niego z obu stron, typ z rurką podszedł tak blisko ze twarze prawie się dotykały.
-Pojebało cię?Zbieraj tą tobę z tego auta bo ci wpierdolimy tę rurę w dupę-groził jeden z dresiarzy.
-Co nie słyszałeś głuchy jestes posrańcu, czy moze czekasz pedale az włożę ci ta rurę w dupę-odezwał się koleżka stojący twarza w twarz z Robertem.
Reakcja była natychmiastowa, wyrwał rurkę dresiarzowi uderzył w głowe tego z lewej i od razu wracając ręką wyprowadził cios rurka w głowę typa po prawej. Powtórzył kilka takich ciosów odwrócił się i podbiegł do drugiego i zrobił to samo. Chłopaki nie wiedzieli co się dzieje, rurka upadła na kostkę brukową położona jeszcze przed druga wojną. Ta samą ręką w której trzymał rurkę położył na karoserii auta i delikatnie przeciągna po niej obchodząc auto dookoła. Otworzył bagażnik w środku znalazł walizkę z szyfrem. Wyciągna ją, zamkną bagażnik podszedł do pierwszego leżącego na ziemi obszukał go zabrał mu pieniądze za narkotyki i dokumenty, za paskiem znalazł pistolet w magazynku były tyko cztery kule. Chociaz tyle, podszedł do drugiego obszukał go ten miał znacznie więcej gotówki w niskim nominale za paskiem miał nuż który Robert odrazu zabrał a za paskiem znalazł stary mały rewolwer sześcio strzałowy, usmiechną się bo w tym akurat był pełen bębenek nabojów. Zabrał torbę z maski auta wrzucił na przednie siedzenie tak jak tajemniczą walizkę. Wsiadł do auta i ruszył powoli do przodu i kierując się na autostradę.
 

 
Dortmund Szpital 2012
Wyszedł spokojnym krokiem nie zwracając na siebie uwagi. Poszedł w dół ulicy, mijając stare budynki i pozamykane małe sklepiki. Plątał się po ulicach bez konkretnego planu, liczył że znajdzie gdzieś jakąś mapę miasta lub otwarty kiosk gdzie kupi mapę. Łaził tak około 2 godziny rozmyślając i zadając sobie setki pytań nie znając odpowiedzi.
W końcu znalazł pierwszy otwarty mały kiosk z gazetami. Kupił mapę, poszedł szybkim krokiem za róg budynku i juz powoli rysował się plan w głowie. Sprawdził gdzie znajduję się najbliższa stacja kolejowa i podążył ku niej. Wiedział ze zostawi po sobie najmniej śladów poruszając sie środkami masowego transportu i płacąc gotówką. Z autobusami i pociągami nie było problemu ale niestety stan gotówki nie był w pełni zadawalający. Czuł że cos siedzi mu na ogonie ze jest obserwowany, po dziwnych zdarzeniach ze szpitala nie miał dobrych przeczuć. Dotarł do małego parku, na jednej ścieżce wypatrzał dobrze usytuowana ławkę gdzie będzie mógł obserwowac ludzi i troszke odpocząć. MIał dziwne uczucie że ktos go obserwuje więc myslał że może dowie się kto obserwując każdego do okoła. Zbliżała się 9 rano więc ulice już były zatłoczone ludzmi idącymi do pracy albo juz pracującymi. Rozglądał się powoli i oceniał każdego przechodnia wiedział że nikt nie może mu przemknąć nie zauważenie. Słyszał za plecami robotników naprawiających jezdnie, maszyny chodziły głośno, gdzies po lewej 2 mężczyzn kłóciło sie o miejsce parkingowe. Na wprost mała stłuczka i starszy pan z psem obserwujący go. Nagle z lewej dostrzegł elegancko ubranego w biały garnitur mężczyznę w wieku średnim. Na głowie miał sporawy biały kapelusz, rant kapelusza dawał cień na oczy i nie mógł dostrzec jego twarzy. Mężczyzna przykuł uwage Roberta, szedł powoli podpierając się o białej ręczno-zdobionej lasce. Gołębie chodzące po chodniku uciekały dopiero jak stawiał kroki tuz przy samym ptaku, Robertowi zdawało się że czas zwalnia i te gołębie odlatują w zwolnionym tempie. Pomyslał sobie że to moze byc objaw silnych leków jakie dostał w szpitalu. Ale chałas za plecami zaczął być coraz bardziej głośny i głośny znieminał swą tonację, stawał się coraz bardziej piskliwy tak jak każdy dźwięk do okoła. Wszystko zaczęło się poruszac bardzo wolno, mężczyzna w bieli jak by nic nie zauważał i tylko w nim i w Robercie nic się nie zmieniło poruszali się normalnie i nagle dzwieki zamilkły i cisza! Głucha cisza wszędzie, biały garnitur przemknął przed oczami Roberta. Ten wstał i krzyknął-Stój!-mężczyzna się zatrzymał odchylił lekko głowę do tyłu a rant kapelusza skutecznie zasłaniał oczy i tworzył cień padający na pół twarzy. Robert próbował podejść do postaci w bieli ale nie mógł się zbliżyć, stawiał kroki twardo na ziemi i przesuwał się do przodu powoli ale człowiek w bieli trzymał ta samą odległość. Patrzyli na siebie przez chwile nie odzywając się nic a nic. Robert nic nie rozumiał w jego głowie powstawały nowe pytania, a w piersi biło serce tak mocno że słyszał każde uderzenie. Postać w białym garniturze w końcu przemówiła, z pod kapelusza wydobywał się miły dla ucha męski głos.
-Musisz wybrać!W odpowiednim momencie musisz wybrać stronę, wybierz dobrze!
-Jaką stronę, kim jesteś i o co chodzi?
-Nie jesteś zwykłym człowiekiem - jesteś martwy i dostałeś drugą szanse.
-Jak martwy, przecież tu jestem, czuję myślę i przeżywam emocjonalnie każdą dziwną minute, godzinę tego i poprzedniego dnia!-powiedział unosząc głos, adrenalina aż w nim się gotowała.
-Spokojnie, bo jeszcze powiesz coś niestosownego i będe musiał cie ukarać.
-Czemu się nie mogę ruszać?
-Mozesz to tylko twoja wyobraźnia cie powstrzymuje. Masz wielką moc i musisz ja odkryć sam.
-Z kończ pierdolić jak jakiś magik czy Harry Potter!-wykrzyczał zdenerwowany Robert.
-Aniele śmierci nie uciekniesz przed przeznaczeniem!-nagle powróciły z nienacka dźwięki, Robert się rozglądną i wszystko wróciło do normy, a gdy tylko popatrzał do przodu biała postac zniknęła. Stał tak przez chwilę zdezorientowany, był w jeszcze wiekszym zakłopotaniu.
Rozglądnął sie w około siebie-Kurwa!- i ruszył w kierunku dworca kolejowego.
 

 
Polska,Wrocław 2002.
Szybkim krokiem do wyjścia rękawa do samolotu podążał Maciek już z zmienioną tożsamością legitymując się jako Robert Oasis chciał jak najszybciej opuścić kraj żeby uchronić rodzinę przed najgorszym. Rozglądał się dookoła siebie sprawdzając czy nikt go nie śledzi czy obserwuje.
Już był 3 w kolejce kiedy jeszcze raz usłyszał swoje nowe nazwisko wychodzące z głośników na lotnisku-Pan Robert Oasis proszony do telefonu,
informacja była puszczona 2 razy Robert zignorował ją wiedząc że to może być jakaś pułapka. Gdy podawał bilet stewardessie popatrzała na na bilet i miłym głosem-O! A pana wzywają do telefonu nie idzie pan sprawdzić kto może coś ważnego w samolocie już nikt nie będzie mógł do pana zadzwonić.- i uśmiech ozdobił jej twarz wskazując ręką na tel leżący na małym wąskim biurku- mogę pana połączyć i porozmawia pan z tego miejsca- dodała szybko. Robert milcząc skiną głową oznajmiając że się zgadza był zbyt spięty żeby wydać jakikolwiek dźwięk z siebie. W słuchawce rozległ się męski głos- Musimy cię ukarać, idziemy po twoją rodzinę!- trzask słuchawki zakończył krótką wiadomość. Twarz Roberta zrobiła się czerwona ze wściekłości. Rzucił słuchawkę i szybkim krokiem wyszedł z budynku. Droga do domu zajęła mu niecałą godzinę gdzie zazwyczaj jedzie dwie. Całą drogę rozmyślał o najbliższych i o tym jak ukarze napastnika i jego szefa. Zatrzymał się 50 metrów przed domem, zgasił silnik i przez chwilę obserwował co się dzieję na ulicy. Zauważył dwa auta zaparkowane przed jego domem i trzech ludzi stojących przed furtką domu. Wyszedł z auta i powoli jakby nigdy nić szedł z opuszczoną głowa w kierunku mężczyzn. przeszedł kawałek za dom przystanął na chwilkę i wrócił się do nich upewniając się że jest ich tylko trzech na zewnątrz. Podszedł do typa stojącego za furtką i spytał o ogień. Ten mu kazał spadać i pchnął go tak że wpadł na kolejnego typa plecami, ten trzeci widząc to chciał chwycić go ale Robert zrobił to pierwszy i chwycił jego wyciągniętą rękę i pociągnął do siebie. Gdy ten lecąc twarzą na Roberta otrzymał mocny cios z główki który powalił go na ziemie. Tego obróconego plecami do niego uderzył mocno w tył głowy dwa razy. Wybiegł kolejny za furtki ale zanim dobiegł do Roberta otrzymał mocny kop w klatkę piersiową i dwa szybkie ciosy na twarz. Robert pozbierał broń od chłopaków stojących na czatach i poszedł spokojnie w kierunku drzwi. Wszedł po cichu do środka, słyszał płacz i krzyki siostry. Obszedł powoli dół w kuchni był jeden napastnik grzebał w lodówce i wyjadał co tylko wpadło mu w oczy. Na podłodze w rogu kuchni leżała jego martwa matka. Teraz już wiedział że nie ma już odwrotu i zaszedł od tyłu kolesia grzebiącego w lodówce chwycił go od tyłu dusząc go, ten próbował walczyć i się wyrywać ale Robert był za silny. Po chwili trzymał już bezwładne ciało napastnika, na koniec skręcił mu kark i rzucił na ziemie. Podszedł do ciała matki było jeszcze ciepłe. Jej twarz wyglądała na bardzo spokojną.
-Przepraszam mamo już nic ci nie grozi- powiedział trzymając ją za rękę. Znowu rozległ się krzyk jego siostry odwrócił się szybko i ruszył w kierunku schodów, wszedł po cichu i zaglądną do pierwszego pokoju i szybko wbiegł do łazienki z łazienki mógł swobodnie obserwować co dzieje się w pozostałych dwóch pokojach w pokoju na przeciwko było pusto. Skierował się w kierunku ostatniego pokoju gdzie była gwałcona jego siostra wyciągną broń do przodu wbiegł do pokoju i wystrzelił raz w typa trzymającego ręce jego siostry, trafił w głowę kula przeszła na wylot brudząc wszystko krwią i szczątkami mózgu. Drugi napastnik w pokoju próbował szybko wstać ale Robert strzelił mu w bark i siła odrzutu powaliła go na plecy. Siostra szybko odsunęła się od niego i owinęła się podartym ubraniem. Ranny napastnik krzyczał - Już po tobie. jesteś już martwy ty i ta twoja dziwka! - krzyczał i wykrzywiał się z bólu.
-Nie wątpię, ale puki co to za moja siostrę- i strzelił mu w krocze- boli?-zapytał, po czym nachylił się nad nim i poleciała na niego seria ciosów- to za to że musiałem wracać, a to za moją mamę!- rozległ się huk i mózg rozbryzgł się po ścianie.
-Nic ci nie jest?-Kasia nic nie mogła powiedzieć nie wiedziała co się dzieje była w szoku-choć zabieram cię stąd.
 

 
Dortmund 2012.
Robert siedział na brzegu łóżka, mętlik w głowie i narastająca liczba pytań nie pozwoliła mu racjonalnie myśleć. Była już 3 rano stracił poczucie czasu, nie wiedział ile czasu już tak siedzi. Przechodząca pielęgniarka obok pokoju Roberta zobaczyła kątem oka siedzącego mężczyznę na łóżku. Stanęła przy drzwiach były lekko uchylone i nie widziała co dzieje się w środku, wyciągnęła powoli rękę aby otworzyć drzwi na szerokość gdy to zrobiła jej oczom ukazał się mężczyzna z bliznami po poparzeniu na twarzy. Stał przodem do niej wpatrywał się w nią takim wzrokiem aż poczuła ciarki na plecach a serce zaczęło walić jak młot.
Zaczęła mówić do niego po niemiecku:
-Wszystko w porządku, kto panu ściągnął opatrunek niech wróci pan do łóżka zaraz zawołam lekarza to pana zbada.-Robert nic nie rozumiał ale nie stało mu nic na przeszkodzie aby spróbować porozumieć się w językach jakie zna, w pierw Polski a potem Angielski-Kim jestem jak się nazywam i skąd się tu wziąłem?- powtórzył kilka razy w obu językach które niestety byłe dla niej niezrozumiałe. Kobieta odwróciła się w kierunku korytarza i zaczęła wzywać pomocy, to Robert zrozumiał. Instynkt mu odpowiadał że ma kłopoty i musi się stąd zmywać jak najszybciej. Chwycił torbę z rzeczami i ruszył pewnym krokiem w kierunku drzwi, pielęgniarka stojąca w przejściu próbowała go zatrzymać, bez skutecznie. Bez problemu obszedł kobietę stojącą mu na drodze i ruszył w kierunku wyjścia, nie zwracał uwagi na ubiór którego jeszcze nie zmienił i szedł w szpitalnym szlafroku. Podbiegło do niego dwóch pielęgniarzy próbując go zatrzymać, uciekinier wykonał dwa szybkie myki po czym się obrócił i zadał serie ciosów obu młodym pracownikom szpitala, padli na ziemie a pielęgniarka która biegła za Robertem stanęła jak wryta strach sparaliżował ją i nie mogła się ani ruszyć ani wydać jakiegokolwiek dźwięku, zasłoniła dłońmi usta. Robert obrócił się i powiedział przepraszam w obu językach którymi się posługiwał. Zszedł schodami dwa piętra niżej zatrzymał się przy toalecie wszedł do środka aby się przebrać zmiana wyglądu teraz mu się przyda. Potem ruszył wolnym krokiem po oddziale wszedł do pierwszego pokoju po prawej wszyscy pacjenci spali jak zabici nie spodobał mu się ten widok ale musiał coś zrobić przecież nie może wyjść na miasto bez pieniędzy, podszedł do pierwszej szafki otworzył ją po cichu nic nie znalazł poza paczką papierosów zapalniczkę i nuż który zabrał, stwierdził że się przyda. Podszedł do szafki na przeciwko tam znalazł około czterdziestu euro, jabłko i baton, zabrał wszystko. Pozbierał wszystko co będzie mu potrzebne w następnych kilku godzinach i ruszył wolnym i spokojnym krokiem. Wyszedł głównym wyjściem ze szpitala, instynkt i przeczucie mówiły mu że powinien jak najszybciej oddalić z tego miejsca.
 

 
Dortmund.2012
Dzień w szpitalu wyglądał dość normalnie, przybywali nowi pacjenci, inni odchodzili. Były smutne chwile i te radosne a wręcz śmieszne. Pokój 67 na 4 piętrze intensywnej terapii tez wyglądał podobnie. Tyle że miał nie codziennego gościa, leżał w nim Robert. Jego ciało było poparzone w 75% a nikt nie wiedział jak się nazywa bo wszystkie jego dokumenty uległy zniszczeniu w wypadku. Niemiecka Policja próbuje ustalić nazwisko z tablic rejestracyjnych, przynajmniej z ich części. Robert leżał w śpiączce już 2 tygodnie. Policjanci odwiedzali go codziennie w nadziei że będą mogli go przesłuchać. Leżał spokojnie w metalowym łóżku z elektrycznie regulowanym oparciem i przykryty był białym prześcieradłem. Obok niego stal metalowy wieszak na kroplówki które były do niego podpięte, na boku łóżka przyczepiony był cewnik do połowy wypełniony moczem. Po stronie drzwi do ściany na przeciw ona był zamontowany zlew i lustro oraz podstawowe środki czystości. Wyglądał spokojnie tak przynajmniej wydawało się lekarzom i pielęgniarkom odwiedzających go w pokoju. Głowę miał obandażowaną więc nie widać było jego twarzy miał tylko wycięcia na oczy i nos. Dochodziła już dwudziesta gdy przyszła pielęgniarka sprawdzić czy wszystko w porządku z pacjentem, sprawdziła kroplówki i aparaturę podłączoną do niego. Po piętnastu minutach wyszła z pokoju z poczuciem że wykonała dobrą robotę i z pacjentem jest wszystko w porządku. Wychodząc z pokoju zasunęła żaluzje i zostawiła lekko uchylone drzwi a przez szparę wpadało światło z korytarza. Robert przez cały czas śpiączki miał sny związane z wypadkiem, z przeszłością i z człowiekiem w pieli który cięgle powtarzał-Wybieraj! Postępuj słusznie!
W pokoju była przeraźliwa cisza z korytarza wdzierały się dźwięki dochodzące z innych sal i z małego gabinetu sióstr gdzie wyło słychać rozmowy i chichotanie. Nagle poruszyło się prześcieradło potem jeden z palców u ręki, obserwując tą sytuacje można by było powiedzieć że to nerwy pacjenta i że właśnie coś mu się śni ale... Nie! Robert gwałtownie usiadł wystartował z łóżka jak ramie katapulty, łapał głębokimi łykami powietrze oddychał szybko i niespokojnie, otworzył szeroko oczy ale światło dochodzące z korytarza było dla niego za ostre więc je zmrużył. Bolały go ręce głowa i w sumie całe ciało. W ustach czuł gorzki smak bandaży które wpadały mu do ust, chwycił je rękoma próbując je ściągnąć ale w tedy poczuł że coś szarpie go za przedramię lewej ręki. To wenflony, zerwał je szarpnięciem i polała się krew. Oderwał też kable przymocowane do klatki piersiowej. Nie wiedział gdzie jest co się dzieje, był totalnie zdezorientowany całą sytuacją. Nie pamiętał jak znalazł się w tym pomieszczeniu i czemu ma owiniętą głowę. Zrzucił kołdrę i próbował wstać ale poczuł szarpnięcie w kroczu. Jęknął i zajrzał pod spód szpitalnej piżamy, zobaczył kilka rurek wychodzących z jego penisa, chwycił delikatnie i zaczął wyciągać powoli, nie należało to do najmilszych uczuć. Poczuł ulgę był uwolniony od wszelkich kabli i rurek. Podszedł do lustra gdy spojrzał otworzył szeroko oczy i wyszeptał prawie nie ruszając wargami-O BOŻE... Ściągnął po woli bandaż z głowy nie wiedział co się pod nim kryje czy są jakieś rany czy może już blizny ale bardziej był ciekawy czy pozna twarz z odbicia lustra. Rozwijał bandaż powoli od góry do dołu widział swoją twarz po raz pierwszy, przynajmniej w tym stanie i po wypadku. Nie znał człowieka z lustra ta twarz nic mu nie mówiła. Była okropna skóra jasno czerwona chropowata nie miał brwi i jednego ucha cała lewa strona to była jedna wielka blizna która ciągnęła od czubka głowa w dół oszczędzają prawą stronę od oka w dół do szyi i stamtąd do brzucha. Popatrzał na ręce, z początku nie zauważył niczego niezwykłego ale teraz widział że i ręce miał takie jak zniszczone jak twarz. Z oczu polały się łzy i na twarzy pojawiła się wściekłość w jego głowie nachodziło pytanie czemu i jak? Odwrócił się w stronę łóżka, przecież jest tam karta pacjenta z nazwiskiem i adresem zamieszkania. Podniósł kartę niestety nic nie wyczytał z liter nie rozumiał tego języka, mętlik w głowie narastał, i kolejne pytanie gdzie ja jestem? Usiadł na łóżku i zaczął się zastanawiać popatrzył jeszcze raz na kartę, w rubryce Vorname Nachname dopatrzył się pustego pola, tam powinno byś wpisane jego imię i nazwisko. Był w kropce nie wiedział co robić, rozejrzał się jeszcze raz po pokoju dopatrzył się w rogu szafy. Podszedł do niej otworzył drzwi na pierwszy rzut oka była pusta ale na dole leżała osmolona szara torba. Znalazł w niej starte spodnie dżinsowe, rozpinaną bluzę i coś w rodzaju portfela lecz bez dokumentów było tam trochę Angielskiej gotówki karta na punkty z kawiarni,miał już tyle pieczątek że przy następnej wizycie należała mu się darmowa kawa obok był rachunek ze stacji benzynowej w Dover. Czyli jestem Anglikiem rozumiem to co czytałem i na to wskazują te papierki. Na dnie był mały foliowy woreczek w którym był potłuczony zegarek przypalony łańcuszek na szyje który stracił swój kolor i kilka monet z wizerunkiem królowej.
Czuł niedosyt informacji, złość, zaniepokojenie i w głowie dręczyło go pytanie -Co teraz?
 

 
Polska,gdzieś pod Poznaniem 10lat wcześniej.
Na parkingu leśnym stało zaparkowane czarne BMW.Stary gangsterski model w kolorze czarnym odznaczała się w zieleni krzewów.Maska auta była jeszcze ciepła od niedawno chodzącego silnika. Koło auta stało 2 mężczyzn, wyglądali nerwowo,jeden z nich palił papierosa i łaził dookoła auta.
-Uspokój się!Zobaczą że jesteś zdenerwowany to się domyślą i będzie lipa!-Powiedział do swojego przyjaciela,którego poznał w wojsku w jednostce desantowe. Tworzyli dobry zespół nikt nie mógł ich przebić gdy robili coś razem. Maciek mózgowiec i znawca broni, Przemek specjalista od walki w ręcz i zwiadu. Obydwaj dobrze wyszkoleni brali udział w misjach na całym świecie, zostali zwolnieni do cywila za brak odpowiedzialności i lekkomyślność. Teraz zajmują się handlem startowali od paserki potem auta broń a teraz Maciek namówił Przemka na dochodowy interes z narkotykami. Miała to być jednorazowa akcja, szybka i skuteczna czyli prosty wałek. Akcja miała się składać z 3 punktów, pierwszy: pokazać kasę kupić kilo i umówić się na następny zakup. Dwa: przyjechać na lipny zakup załatwić dostawców zabrać towar i kasę. Trzy: spieniężyć towar,zniknąć za granicą i żyć spokojnie na emeryturze gdziekolwiek na świecie.
-Boję się że pójdzie coś nie tak to nie są zwykłe przekręty od nas, tylko grube ryby. A wież że oni pracują dla rusków i może to się źle skończyć dla nas.-powiedział niespokojnie Przemek.
-Nie jęcz i nie kracz, nic nie będzie nic się nie stanie przyjadą pośrednicy jak co to rozgłosi się że była trzecia ekipa i posprzątała. Proste!-Uśmiechnął się Maciek, ten drugi zaciągnął się głęboko papierosem i pokiwał głową. W tym momencie wjechał na parking granatowy bus. Ustawił się po drugiej stronie, wyszło z niego 2 gości, zaczęli się rozciągać sprawiając wrażenie zmęczonych długą jazdą. Jeden z nich poszedł w krzaki wysikać się, ten drugi palił fajkę i gdzieś dzwonił nie wyglądali podejrzanie.
-Masz jakiś plan awaryjny w razie czegoś?-Maciek popatrzył się na niego z zdziwioną miną- no wiesz zawsze może pójść coś nie tak.
-Ha! Pomyślałem o wszystkim, stary otwórz bagażnik zobacz w teczce po prawej to twoje, przygotowałem to na teraz ale możemy użyć tego nawet jak nam nie wyjdzie.
Przemek podszedł do auta otworzył bagażnik wyją walizkę położył ją na dachu auta.-Co tam jest powiedz mi teraz bo jak otworze i będzie coś głupiego to skopie ci tyłek.
-No otwieraj a nie pierdzielisz głupoty.
Uśmiechnęli się do siebie i Przemo otworzył walizkę-Wow!Kasa paszport,dowód i prawko-zaśmiał się głośno-jestem Litwinem i nazywam się Oskar Spuller, no masakra-buchną śmiechem i schował wszystko z powrotem do walizki.
-To taki plan miałeś i nic nie mówiłeś a ty kim będziesz?
-Będę tak jak ty Litwinem i nazywam się Robert Oasis.Co? Zatkało kakao?
Tą rozmowę przerwał hałas wjeżdżających dwóch aut, jedno zaparkowało przed maską BMW a drugie z tyłu. Wyszło sześciu rosłych typów z pod ciemnej gwiazdy.
Byli uzbrojeni po zęby. Najmniejszy z nich wykrzyczał-Macie sałatę?
-Mamy a wy macie paczkę?-Przemek odwrócił się do Maćka puścił mu oczko na znak że już jest ok, że nie czuje stresu, w ręku nadal trzymał walizkę z nową tożsamością-To gdzie siano pokaż mi a ja pokaże paczkę!-Przemek odwrócił lekko głowę uśmiechną się i powiedział-tu w bagażniku już pokazuję!- Nagle rozległ się huk i trzask tłuczonej tylnej szyby BMW. Ani Maciek, ani Przemek nie zdążyli zareagować a wszyscy przyjezdni wraz z dwoma typkami z busa celowali w ich kierunku. Grad kul posypał się w ich kierunku, karoseria czarnego auta a w sumie jego kawałki unosiły się w powietrzu. Maciek leżał za autem widział tylko stopy napastników, długo nie zastanawiając się wyciągnął swojego colta i bez celowania strzelał w kierunku stóp aż do końca magazynku.Widział jak kilku z nich padło na ziemie,Przemek z drugiego kata dokańczał dzieła Maćka i likwidował cel po celu. W oby dwóch obudził się stary błysk z wojska, byli do tego przygotowywani i trenowani.
-Osłaniam cię weź drugą walizkę i spadamy!-krzykną Maciek. Przemek wykorzystał moment gdy agresorzy chowali się gdy oni otworzyli ogień i zlikwidowali kilku z nich, Chwycił walizkę, i znowu strzały Przemek padł na twarz-nic ci nie jest dostałeś?
-Jest ok dam rade spadajmy z tego zadupia!
-Zaraz tylko z kończę!-Maciek wstał strzelając w kierunku busa, pękały szyby z kół z chodziło powietrze. Szedł w miarę powoli tak by móc celować, schylił się po broń jednego z napastników, teraz był jeszcze bardziej groźny. A z za BMW dawał mu wsparcie Przemek który strzelał w kierunku auta stojącego prze czarnym ostrzelanym autem. Maciek miał determinacje w oczach strzelał tak by zabić nie czuł litości, nie dali mu wyboru. Oprawcy nie byli na to gotowi nie brali pod uwagę to że ktoś się będzie bronił i to tak zaciekle i brutalnie.
Obszedł dookoła auta strzelając i zmieniając magazynki lub podnosząc nową broń martwego przeciwnika. Po pięciu minutach już nie było do kogo strzelać załatwili laików bawiących się bronią.
-Przemek!-krzykną Maciek-Przemek!-cisza zaniepokoiła Maćka, wrócił za auto to co zobaczył zmartwiło go niesamowicie.-O kurwa!Trzymaj się zabieram cię do szpitala wyjdziesz z tego!
-Nie! Nie możesz mnie zawieść, co powiesz pójdziemy siedzieć a i tak nie dam rady za mocno oberwałem. Obiecaj mi tylko że zajmiesz się Renatą, że się nią zaopiekujesz.
-Nie pierdol sam to zrobisz- głos drgał mu ze zdenerwowania w oczach pojawiły mu się łzy-stary nie odchodź, nie rób mi tego, tego nie było w planie!
-Przestań ryczeć jak baba i zajmij się Renatą, powiedz że ją kocham, ciebie też kocham- zamkną oczy i głowa bezwładnie opadła mu na ramie.
-Nie!-wrzeszczał Maciek, nagle u jednego z agresorów zaczął dzwonić telefon.Posłuchał z kąd idzie dźwięk, chwycił telefon odebrał , tylko nasłuchiwał.
-Macie kasę, załatwiliście ich.
-Kim jesteś? Z resztą nie ważne znajdę cię i zabije.Zabiłeś mojego przyjaciela teraz ja zabiję ciebie!
-A co miałem zrobić? postaw się na moim miejscu chcieliście mnie wydymać co ty myślisz że z kim ty pogrywasz. I nie groź mi bo wykończę całą twoją rodzinę. Wiem o tobie wszystko i o twoi m przyjacielu!
-Ty skurwielu zajebie cię, będziesz prosił mnie o litość!
-Nie groź mi! To ja tu dyktuję warunki więc zamknij się i słuchaj. Daję ci szanse utrzymania twojej rodziny przy życiu, tobie daruję wyjedziesz z kraju zapomnisz o wszystkim i już nigdy tu nie wrócisz! A żebyś wiedział że mówię poważnie zajmę się teraz kobietą twojego przyjaciela wież że jest w ciąży?
Rozmówca się rozłączył, Maciek otarł łzy przeklną głośno wrócił się do czarnego zniszczonego auta po walizkę z nową tożsamością wziął pierwszy lepszy samochód i ruszył czym prędzej do Leszna tak mieszkała dziewczyna Przemka która nie miała o niczym pojęcia. Próbował się do niej dodzwonić, niestety telefon nie odpowiadał, zadzwonił do domu i kazał matce i siostrze szybko wyjechać z miasta na parę tygodni. Po godzinie był już pod domem Renaty, jej auto stało pod domem, frontowe drzwi były zamknięte. Poszedł od tyłu tam w drzwiach była wybita szyba, wyciągnął broń i ostrożnie wszedł do domu, na schodach do góry było położone zdjęcie płodu. Poczuł jeszcze większy gniew w sobie oczy zalewały mu łzy złości i rozpaczy. Powoli wchodził do góry wszedł do sypialni to co tam zobaczył przechodziło wszelkie wyobrażenie, chwycił się za włosy, odwrócił się nie mógł patrzeć na jej zmasakrowane zwłoki. Miała odciętą głowę która leżała na stoliku nocnym obok łóżka. Na czole miała żółtą karteczkę włącz CD. Odwrócił się na przeciwko łóżka stał telewizor i DVD włączył płytę tam zobaczył coś na co nie chciał patrzeć. Czterech napastników gwałciło i biło kobietę potem jeden z nich odciął jej głowę i powiedział coś po rosyjsku.
Zadzwonił telefon Maciek nie odbierał przez chwile był zdezorientowany, nie wierzył w to co się dzisiaj stało. Telefon ucichł i po kilku sekundach zadzwonił jeszcze raz, w tedy Maciek odebrał w słuchawce rozbrzmiał głos- to tylko małe demo co możemy zrobić z twoją rodziną, teraz wyjedziesz i już nie wrócisz zrozumiałeś?- adrenalina blokowała Maćka nie mógł z siebie nic wykrztusić po chwili powiedział cichym i spokojnym głosem- dobrze wyjadę i nie wrócę ale jak coś im zrobisz to znajdę cię i zabiję ale w pierw znajdę twoich bliskich i będę zabijał ich powoli na twoich oczach zrozumiałeś?
-Tak!-i w słuchawce już było słychać głuchy sygnał a za oknem zbliżający się dźwięk syren policyjnych!
Wyszedł frontowym wyjściem podszedł do auta wyciągną walizkę, popatrzył przez ramie ostatni raz na okno Renaty,zamknął oczy i szybkim krokiem ruszył za róg ulicy na miejsce przyjechała już policja .
Wrocław następnego dnia międzynarodowe lutnisko.
Pan Robert Oasis proszony na odprawę do terminalu 12.....
 

 
Niemcy, Dortmund.
W szpitalu panował tłok, ludzie łazili w kółko tam i z powrotem, na izbie przyjęć widać było ludzi którzy czekali na pomoc. Otworzyły się drzwi nikt nie zwracał uwagi na ludzi pchających nosze na kółkach gdzie leżał poparzony Robert. Nosze szybko zostały przeniesione na sale zabiegową gdzie próbowano go ratować. Lekarze widząc pogarszający się stan robili co mogli. W białym pokoju stał Robert i tajemnicza postać w bieli której nie widać twarzy. W ścianach zniknęły rogi, za to pojawiły się obrazy z życia Roberta. Od najmłodszych lat po obecne i sceny o których wolał by zapomnieć i o których chciał by pamiętać. Przeszły zimne ciarki pa plechach, był sparaliżowany ze strachu,nie wiedział co się dzieje. Odważył się odezwać i spytał co się dzieje o co chodzi i co z nim się dzieje i czemu? Stał przez chwile w ciszy i czekał na odpowiedź aż nagle rozległ się głos...
JESTEŚ W CZYŚĆCU, TWOJE CIAŁO NA ZIEMI JEST MARTWE, -ALE MASZ 2 WYJŚCIA. PIERWSZE TO Z MIEJSCA IDZIESZ DO PIEKŁA, A 2 WRACASZ NA ZIEMIE DO SWOJEGO CIAŁA I ODPRACOWUJESZ TO CO ZEPSUŁEŚ.
Głos zamilkł postać się odwróciła i znowu pokój stał się cały biały, pokazał się zarys drzwi przez które wyszedł człowiek w bieli. Robert nie zdążył się zapytać czemu, nie zdążył go zatrzymać. Pokój podzielił się na dwie części w jednej leżało jego ciało na szpitalnym łóżku a w drugiej pokazały się drzwi z rozpaloną do czerwoności klamką i buchającym żarem. Obrócił się w stronę łóżka popatrzał na ciało tam leżące i pomyślał- To nie mogę być ten typ nie ma twarzy, co się dzieje?
Drzwi powoli się otworzyły i buchną gorący żar jeszcze bardziej gorący niż ten wcześniej tak gorący że nie do opisania. Odwrócił się w kierunku łóżka i doskoczył do ciała leżącego na nim.
Tracimy go!-krzyczał jeden z lekarzy ratujących życie Roberta-nagle cisza w sali która przeszył długi pisk z aparatury mówiący o zatrzymaniu akcji serca.-To koniec czas zgonu 4:43 rano. Zaczęli się rozchodzić lekarze i pielęgniarki, przyszły osoby które zaczęły sprzątać. Nagle z jedno stałego pisku aparatury wydostało się piknięcie, po chwili drugie,następnie dwa pod rząd i aparatura zaczęła pracować na nowo.-On żyje!....
 

 
Wielka Brytania, Wolverhampton rok 2012.
Przemykał po między autami oglądając jedne po drugim oglądając każde które rzuciło mu się w oczy. Słonce raziło go w oczy ale nie stanowiło to dzisiaj dla niego większej przeszkody. Był nieco podniecony kupnem auta i wiedział że nie długo jedzie na wakacje do swojego rodzinnego miasta w Polsce. Staną koło granatowego Mondeo, przyglądał mu się uważniej niż każdemu innemu. Stał przed maską patrząc na przód auta i zastanawiał się czy te auto do niego pasuje. Odwrócił się do gościa który biegał za nim krok w krok zapytał o przejażdżkę. Trwało to jakieś 20 min gdy wysiadł odliczył pieniądze podał gościowi któremu oczy zabłyszczały jak gwiazdki na widok pieniędzy. Jadąc do domu czuł satysfakcje z udanego zakupu.
2 tygodnie później....
Już z samego rana znosił bagaże do auta, zapowiadał się ładny dzień na podróż, zaplanował to tak aby wyjechać w południe z domu w Wolver dojechać na pociąg do Francji na 18 tego samego dnia i tak aby przejechać całe państwo Niemieckie w nocy. Staną przed autem popatrzył czy wszystko wziął, prezenty dla matki sióstr i dzieci są, czyli w drogę! Ruszył,wyjechał powoli choć nerwowo, był bardzo podekscytowany, nie było go w domu już 7 lat. Prawie zapomniał jak wygląda jego miasto rodzinne, nie mógł się doczekać na spotkanie z rodziną i przyjaciółmi. Miał dla nich jeden szczególny prezent nad którym ciężko pracował w wolnych chwilach od pracy. Zrzucił 40 kilogramów i wyglądał zupełnie inaczej niż w dniu opuszczenia domu rodzinnego. Matka pamięta go jeszcze jako grubaska a tu czeka ją niespodzianka zobaczy swoją pociechę w innym ciele, w ciele sportowca. W końcu dojechał do Euro tunelu, z niecierpliwością czekał na ten moment bo bardzo chciał opuścić ten kraj i miał jeszcze jeden powód, musiał iść do toalety. Przejechał przez odprawę paszportową, wjechał do pociągu i poczuł ulgę nie dla tego że w końcu będzie mógł pójść do toalety ale dla tego że już ma za sobą kraj gdzie jeździ się pod prąd i na śniadanie je się fasole. Podróż pociągiem trwała 30 minut. Dla niego to w ciąż za długo siedział w aucie tupiąc nogą niecierpliwie. W końcu Francja i już widać zmiany, ładniejsze widoki za oknem leprze drogi, nie pod względem jakości tylko pod względem poruszania się po nich. W końcu mógł się rozpędzić i kierować się już szybciutko do upragnionego domu. Przez Francję udała mu się przejechać w niecałe półtora godziny Belgia i Holandia też nie stanowiły problemu i przejechał te kraje w szybkim tempie. Za Dortmundem musiał się zatrzymać, czuł już zmęczenie a i auto trzeba było już zatankować. Z jechał na stacje benzynową, podjechał powoli pod dystrybutor po czym wysiadł powoli i ociężale potrzebował odpoczynku. Zrobił kilka przysiadów, kilka razy podskoczył troszkę się porozciągał.Było już kilka minut po północy więc uśmiechną się szeroko ze trzyma się planu i w Polsce wyjedzie o świcie. Sprzedawca w okienku przyglądał się uważnie siedząc przy okienku gdzie można było w nocy zapłacić za paliwo i kupić jakieś przekąski. Zatankował do pełna podszedł ociężałym krokiem do okienka wyciągnął kartę którą zapłacił za paliwo. Sprzedawca cały czas obserwował go dokładnie a gdy odchodził od okienka coś powiedział. Robert, nasz bohater odwrócił się, Niemiec jeszcze raz coś wydukał, widać było po twarzy i oczach że był przestraszony a gdy Robert zrobił kilka kroków w stronę okienka sprzedawca już teraz z przerażeniem przeżegnał się i zasunął metalową zasłonę na okno kasowe. Przeszły ciarki Roberta po plecach wsiadł szybko do auta to podziałało na niego jak dobra mocna kawa. Wyjechał żwawo z parkingu i wjechał na autostradę, pomyślał że to dobry moment aby sprawdzić auto, brak ograniczenia prędkości i aż chce się nacisnąć pedał gazu mocniej. W krótkim czasie osiągnął sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę i auto rozpędzało się dalej w dobrym tempie, już dwieście na liczniku czuł podniecenie i strach nagle na mijanych świetlnych znakach wypatrzył że nie daleko przed nim jest wypadek i zaczął stopniowo zwalniać. Przejeżdżał powoli koło miejsca wypadku gdzie z trzech pasów zrobiły się dwa. Ani przednim, ani za nim nie jechało żadne auto więc zwolnił na tyle aby móc się dość dokładnie przyjrzeć co się stało, stała policja, karetka, rozbite auta, straż pożarna i laweta czekająca na wraki. Nagle w lusterku zobaczył światła szybko zbliżając się do niego, nie zdążył zareagować poczuł silne uderzenie, czuł się jak na kolejce górskiej a lunaparku, poczuł ze siła uderzenia wgniata go w fotel i wszystko dookoła niego się obraca wręcz wiruje i obraca bardzo szybko. Nagle wszystko się uspokoiło i na stała głucha cisza i kilka sekund potem głośny huk ciepło i zapach palonego pierza. Policjanci, strażacy i wszyscy inni stojący na poboczu kończyli już prace po wypadku, nawet jak na taki ruchliwy odcinek drogi cisza na ulicy nić nie jedzie aż nagle wychwycili wszyscy granatowe auto zmierzające powoli pustą drogą. A za nim szybko zbliżające się jak pocisk drugie auto, wszyscy patrzyli co się stanie stali tak kilka sekund w bezdechu. Bum! Hałas rozległ się w powietrzu, wszędzie fruwały odłamki metalu, plastiku i szkła. Obserwowali w szoku jak sportowe auto miażdży osobówkę Roberta, razem suną kilkaset metrów po asfalcie obijając się i kręcąc bączki dookoła siebie. Po kolejnym odbiciu o bariery rozdzielające pasy ruchu auto Roberta zaczęło dachować i w końcu jakieś pół kilometra dalej stanęło w płomieniach. Szybko ruszyli na pomoc obu kierowcom. U kierowcy auta sportowego od razu stwierdzono zgon, Robert żył ledwo co ale żył i niestety dopadły go płomienie strażacy musieli szybko gasić pożar. Ubrania Roberta pod wpływem ciepła i ognia topiły się na nim paląc mu skórę. Auta nie udało się ugasić ale ciało zdołano wyciągnąć, ratownicy wyczuli lekki puls, szybko wsadzili go do karetki i ruszyli do szpitala. Ubrania były popalone i stopione, jego skóra była mocno poparzona, ogień strawił auto, ubrania, włosy, twarz. W karetce stwierdzili śmierć kliniczną ale lekarze się nie poddają robią co w ich mocy. Robert poczuł ciepło i ból,lecz po chwili ból ustał a ciepło zamieniło się w przyjemny chłód otworzył oczy zobaczył biały pokój, bardzo jasny światło raziło go w oczy zauważył że był bardzo ładnie ubrany. Nie pamiętał żeby kiedyś kupował takie eleganckie ubrania, i nie pamiętał tez żeby kiedykolwiek czuł się tak dobrze. Rozejrzał się dookoła siebie nie widział ani drzwi ani okna, spojrzał do góry ale światło było tak jasne że nić nie mógł zobaczyć. Po chwili z jednej strony pojawił się czarny zarys drzwi które się otworzyły. Wszedł męszczyzna wysoki krótko ścięty w podobnym stroju tylko że on miał biały kapelusz, cień z nakryci agłowy padał mu na pół twarzy i Robert nie mógł dopatrzeć się oczu.
CDN....